28 maj 2014

EKO JA, CZYLI JAK RATOWAŁAM PSZCZOŁĘ

No dobra, nie jestem taka, umiem się przyznać do błędu.
Powiem sorry, myliłam się, tudzież zakrzyknę mea culpa i już. załatwione.
Tym razem też zaszła konieczność, że muszę uderzyć się w pierś i oznajmić, że to WY MIELIŚCIE RACJĘ ;)

Albowiem jakiś czas temu.... tak ze trzy lata już będzie, bo nie mieszkałam jeszcze w domu, ale zarzekałam się na blogu, że mam arachnofobię i inne pszczoło-, oso-, owado-fobie i że nie, nie, nie, nigdy się nie przyzwyczaję, bo do tego nie da się przecież przyzwyczaić.
A Wy tłukliście mi do łba, że się przekonam, że po jakimś czasie jak zamieszkam na wsi, to przestanę się bać tego całego dziadostwa.
Nie, nie, nie.
Tak, tak, tak.
No i kurna przestałam się bać.
Serio.
Nie biegam już z klapkiem w dłoni i obłędem w oczach, żeby przyczaić się na małego pajączka, tylko mijam go obojętnie.
Nawet więcej, biorę takiego gagatka w łapy i wynoszę/przenoszę, żeby nie stał na przeciągu.

A już w tym sezonie zrobiłam się taka super, hiper proeko, że ja pierdziu.
Wiecie jak się ratuje osowiałą pszczołę? Taką, która ledwo zipie bo się zajechała przenoszeniem nektaru?
No więc bierze się łyżkę, napełnia wodą i dodaje troszku cukru (cukier niekonieczny, ale miły). I podstawia się tą tajemną miksturę pszczole do wypicia.
I ja, ekhem, ekhem, wczoraj właśnie taką jedną pscółkę ratowałam.
Pierwszy raz w życiu widziałam z tak bliska jak pszczoła pije i jak z ledwo żywej zaczyna nabierać energii.
Taka maleńka, kochana, swoimi przednimi łapusiami trzymała się mocno łyżki i rureczkę wystawiła i piła i piła i piła, pół łyżki wyduldała..... aż się potem o nią martwiłam, czy się aby nie opiła.
M jak to zobaczył to zdębiał.
M: myska, co ty robisz?
Ja: csiii bo ją wystraszysz, poję pszczołę?
M: że jak? ty? 
Ja: no ja, patrz jaka bidulka. 

o, taką rureczkę mam na myśli, bo pszczoła ma słomkę w zestawie z paszczą ;)
via

Natomiast jeśli chodzi o kurki, to pozwolicie, że przemyślę sobie jeszcze tą sprawę, ok?
Albowiem wystarczyła minuta małżonkowi, żeby ostudzić mój kurzy zapał
M: myska, a jak Ty chcesz gdzieś wyjeżdżać na dłużej niż dwa dni? 
Ja: hyyyyyyy?
M: Kurki do torby załadujesz? Trzeba przecież im wodę i jedzenie dawać.... no i sprzątać jeszcze oczywiście trzeba - ja tego robił nie będę. 
Ja: hyyyyyy?
M: nie mówiąc o ogródku!
Ja: hyyyyy?
M: przecież kury łażą gdzie chcą
Ja: hmmmm

Ło i tak mię zażył. Bo napaliłam się oczywiście najsampierw, a takich przyziemności pod uwagę nie wzięłam.
Co jak co, ale jeździć lubię.
A jeszcze jakby mi tak w ogródku zaczęły grzebać i kupy zostawiać gdzieś pomiędzy rzodkiewką a buraczkami, to od razu by mię nerw złapał i wylądowałaby jedna z drugą w rosole.
Także ja się muszę jeszcze porządnie zastanowić. Rozważyć wszelkie za i przeciw.
Do tego wszystkiego dochodzi psiutek. Bo myślę sobie, że to kwestia tygodni, jak się jakiś u nas pojawi.
Oczywiście muszę jeszcze opracować plan co zrobię z Murzynem, bo Murzyn wciąż do nas przychodzi, a jak nie przyjdzie to się martwię. Joasia (2,5) dwa domy niżej mówi na Murzyna Keks - tyż piknie.
Wciąż nikt nie zna jego (JEJ) prawdziwego imienia.


Teraz tak. Turkuć zeżarł mi połowę truskawek. W sensie korzonki poobgryzał i krzaczki zdechły. A tu taki plon się zapowiadał! Kilka dni temu zabrał się natomiast za sałatę (woli rzymską od masłowej) i kalarepka też mu podchodzi.
Uchhh... Muszę go jakoś wykurzyć, bo mnie strasznie cholera wkurza.
Ludwik kupiłam - trzymajcie kciuki.

Poza tym byliśmy w sobotę w wielkiej galerii handlowej, że niby ja chciałam sobie sporo rzeczy kupić.
Oczywiście M się obłowił.
Oczywiście Gutek się obłowił.
Oczywiście ja nic. Znaczy balerinki sobie kupiłam, ale tak na odczepnego, bo nic innego nie znalazłam. Spódnicę chciałam i sukienkę i koszulki jakieś.... i nic.
Ja pierdziu.... też tak macie?
Wróciłam tak masakrycznie zmęczona, jakbym całą nockę węgiel przerzucała.
Milion razy bardziej wolę się ujebać pracą na roli niż łażeniem po sklepach. Przynajmniej człowiek po całym dniu spędzonym na zewnątrz zasypia w dwie sekundy.

via

12 komentarzy:

  1. Kurka wodna, no jak ja lubię czytać te Myskowe przebieżki po codzienności. Się tu i ówdzie musiałam spinać, co by za bardzo się nie szczerzyć, bo TU GDZIE JESTEM trza jakoweś pozory zachować ;).

    M. z kurami ma rację i ja to nawet na pewno wiem, że on ma rację. Żrą dużo i trzeba dość regularnie karmić. WIęc musiałby kto doglądać, jak wyjedziecie. Puszczone luzem grzebią, gdzie się da i robią sobie piaskowe kąpiele tam, gdzie sobie nagrzebią. Plony potrafią nadszarpnąć. My z ogrodu warzywnego gonimy pędem jak się jakoś dostaną. Przynajmniej dopóki wszystko dobrze nie urośnie. Zresztą potem też. Że srają, gdzie stoją - wiadomo. Że z kurniczka trzeba gnój wywalać - też wiadomo. No, ale przynajmniej nawóz byś miała własny ;).

    Decyzja należy zatem do Ciebie. W sumie jak się bardzo chce... ale jeszcze pomyśl, pomyśl.

    Za pszczołę masz medal! U nas w P. to i pszczoły się hodowało (coś tam jeszcze ich zostało w jednym z uli, ale nikt nie umie się zająć.... :-()... Proponuje Ci zdobyć jakiś stary drewniany ul, odpicować i masz ozdobę w ogrodzie jak ta lala! To może potem, jak odkarmisz jaką, to i przychowasz ;-) i miodem będziesz handlować.

    Ja tam wiedziałam, że z Ciebie solidny wieśniak się uchowa. Czuć było. I się stało! Brawo i dawaj dalej!

    Z tymi sklepami zaś... ja nie narzekam - oby hajs na koncie był, to se zawsze coś wybiorę ;). Ale, że lepiej na wsi się urobić niż po galeriach nalatać - to i dla mnie fakt niezbity, no!



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że przemknęło mi przez myśl, żeby jakiś fajny ul sobie wyszukać? I pomalować jakoś ładnie, kolorowo, coby dzieciom się podobał? :) W pasiecie, z której bierzemy miód pan ma takie normalne, czynne ule i takie tylko eksponaty, stare przeróbki - piękne! :)

      Usuń
  2. Oczami wyobraźni widziałam jak tę maleńką pszczółkę do życia przywracasz :) Zuch dziewczyna! Na mnie pająki też w domu nie robią wrażenia, podobno kasę przynoszą.
    Ja też się nie nadaję na długie wyprawy po galeriach. Wpadam zawsze, obskoczę 3-4 sklepy i spadam do domu. Chłopakom to już online kupuję od dawna.
    Całuję cię ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o widzisz, to skoro pająki pieniądze przynoszą, to będę o nie tym bardziej dbała :) muchy zacznę im łapać jak trzeba :)

      Usuń
  3. o to teraz i ja się będę przyczajać na osłabione pszczółki:) Zuch Mysa!
    o tych kurkach to tez Ci miałam napisać jak ty je na dłużej zostawisz, no chyba ze sąsiadów masz życzliwych co wode poleją i ziarno posypią jakby coś, i jaja pozbierają jeszcze
    zakupów nie cierpię ale chyba głównie ze względu na moją hm hmmm objętość...:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie sąsiedzi niby ok, ale raczej bezczasowi.... a zakupów tak samo nie cierpię... chociaż wczoraj byłam w lumpeksie i wyszłam uhahana :)))

      Usuń
  4. Oj jak ladnie potraktowalas pszczolke :)))
    A na zakupy to moze sie lepiej wybrac z jakas baba...bo z chlopakami to jakos nie wychodzi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o nie! tylko nie z babami! Czasem z siostrą, kumpelą albo mamą uderzam, ale wtedy to już w ogóle jestem chora, bo one każdy wieszak muszą przejrzeć, a mnie szkoda czasu ;) Najbardziej lubię sama :)

      Usuń
  5. No to i dla mnie jest nadzieja,że się oswoje z mieszkancami wsi!Dzięki Mysa,dodałaś mi krzepy tym postem!
    Ale o pojeniu pscółki to bym w życiu nie pomyślała..o kurach owszem,i znowu dobrze,że napisałaś co twój mąż o tym myśli!Musze swojemu przekazać bo się strasznie na te kury napalił!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Simerko, skoro ja się oswoiłam (a byłam naprawdę ciężki przypadek) to każdy się oswoi!!! :))

      Usuń
  6. Trafiłam do Ciebie po raz pierwszy (od Królowej Matki) i od razu na taki fajny kawałek o pojeniu pszczoły :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...