29 paź 2014

ULEWA MI SIĘ

Nie wiem jak u Was, ale w mojej rodzinie często gęsto wszyscy się spotykamy. Lubimy takie spędy, na których jest zazwyczaj kilka pokoleń, jest głośno, tłoczno i w ogóle, mam wrażenie, że przypominamy trochę włoską familię, czasem się kłócimy, czasem płaczemy ze śmiechu.... a całe nasze spotkania toczą się zazwyczaj wokół stołu.

Każdy kto często podejmuje gości wie, ile na to trzeba poświęcić pracy i czasu. Tym bardziej, jeśli podniebienia są wybredne i sklepowych gotowców nikt się nie chwyci. Rodzina, choć nie wygląda, to zjeść potrafi, więc jedną miską sałatki nikt się nie zadowoli, może jedynie służyć jako podrażniacz....no bo jak każdy członek (rodziny) weźmie i nałoży sobie porcję, to miska zazwyczaj znika w ciągu 5 minut.
Więc przed wszelkimi takimi spotkaniami należy wyciągnąć najcięższe działa, największe garnki, najgłębsze salaterki, włączyć na pół dnia piekarnik i zrobić bycze zakupy, coby każdy sobie zjadł... względnie pojadł.

Tymczasem tak się przedziwnie złożyło, że wszelkie spędy odbywają się u moich rodziców, albo u nas.
Przypominam, że mam jeszcze rodzeństwo. 
Brata w to nie wciągam, bo nie mieszka w PL, i jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby wieźli ze sobą przygotowane żarcie, tym bardziej, że zazwyczaj najpierw odwiedzają rodzinę bratowej.
Ale siostra moja?
Siostra moja mieszka dwa bloki od moich rodziców. 
Ode mnie to jakieś 6km. 
Moja siostra charakteryzuje się tym, że lubi przychodzić na gotowe, a jej obecność na rodzinnych spotkaniach polega głównie na tym, że siedzi i gada.
I gada.
I gada.
I gada.
No bo jak się człowiek na wszystkim zna i wszystko już widział, to pozostało mu tylko gadać.
Kucharki i kelnerki przecież obsłużą.
Te kucharki i kelnerki to oczywiście ja i mama.
U mojej siostry - to też musicie wiedzieć - bywamy w gościnie 2 razy do roku, na urodzinach jej córek. Ma dwie. Gdyby miała jedną, to byłabym tam pewnie raz w roku. 
Znaczy wiecie, czasem mogę podrzucić do niej Gutka, wtedy owszem, wpadam do niej, ale zajmuje mi to kilka minut i nie mam czasu na kawę. Zresztą nie czarujmy się proporcja, kiedy jej dzieci są u mnie, a mój Gutek u niej, to mniej więcej 15:2 (2 to Gutek;).
Z rodziną siostry widujemy się jednakowoż często, bo zazwyczaj to oni do nas przyjeżdżają. 
Najbardziej śmieszne jest to, że nawet jak przychodzą na ognisko, to nawet jeśli przyniosą ze sobą kiełbasę, to nawet nie jest ona pokrojona na kawałki, bo przeciez ja mam nóż w domu i mam naczynie, żeby tę kięłbę umieścić. No owszem nóż mam, ale choć tyle mogłaby zrobić, uważam. Być może mniej bym się dziwiła, gdyby jedli wszyscy jak myszki, ale to kurna bardziej pantery, albo te no, lwy, tudzież inne słonie. Matko z córką ile oni potrafią zeżreć, to ludzkie pojęcie przechodzi. M już dawno stwierdził, że to przez to, że królowa-siostra uważa że mała miseczka kremu z zielonego groszku zapewni pełnowartościowy posiłek obiadowy dwóm dorastającym córkom i słusznych rozmiarów mężowi.  

Teraz tak. Czasem mama dzwoni w sobotę rano i pyta: "może przyjedziecie jutro na obiad?"
Ja mówię "jasne" i od razu pytam co mam zrobić, co mam przywieźć- to mój niekontrolowany odruch. Wiem ile pracy kosztuje przygotowanie niedzielnego obiadu na min.9 osób, bywa że na 11, a bywa że na blisko 20 osób, więc głupio by mi było przyjść z pustymi rękoma.... chociaż ciasto do kawy staram się zapewnić.
Zazwyczaj jesteśmy pierwsi, bo trzeba jeszcze przygotować stół i poprzenosić wszystko, bo jak się później szarańcza zleci, to ciężko się przecisnąć. 

Dwie niedziele temu mieliśmy właśnie taki obiad. Scenariusz znany. Zanim królowa-siostra przyszła i zasiadła na tronie, my z mamą miałyśmy już wszystko przygotowane. 
No i tak się jakoś złożyło, że gadka szmatka i przy kawie mama się zbuntowała i powiedziała, że na Wszystkich Świętych ona pasuje i nie będzie nic przygotowywać. 
No ale że jak to tak? - obruszyła się królowa-siostra - wszak to norma, że po cmentarzu wieczorem jemy rodzinnie bigosik. 
Zapadła więc wymowna cisza, M mnie kopał pod stołem, cobym się nie wyrywała z zapraszaniem, bo on doskonale wie jak to wygląda. Więc przez kilka chwil dawałam, naprawdę dawałam szansę siostrze się wykazać, ale jak nagle zamilkła (ta, co zawsze tylko gada) tak na amen w pacierzu. 
No więc po raz kolejny zostałam ochotnikiem. 

Po raz kolejny muszę zrobić wszystkiego tyle, żeby wystarczyło mi jeszcze na niedzielne popołudnie u teściowej (przecież nie pojadę na pusto).
Po raz kolejny muszę przygotować tyle żarcia, żebym mogła wyprawić wujka, który jest rozwodnikiem i mieszka sam więc domyślacie się jak się odżywia..... to mój chrzestny ojciec, nie wypuszczę go tak bez niczego. 
Po raz kolejny muszę przygotować tyle żarcia, żebyśmy z M, widząc apetyty rodziny nie musieli od ust sobie ujmować w obawie, że dla innych nie starczy.

Po raz kolejny siostra nie zaproponowała żadnej pomocy.

I tak o.

Ulało mi się, sorry, ale już mnie szlag trafia od pewnego czasu. Dziewczyna nie rozumie aluzji, a ja wprost nie umiem powiedzieć.  Choć czuję, że zawory pomału puszczają i para uszami niedługo pójdzie ;)

*
Tymczasem dzisiejszego ranka....
Zaliczyłam fo-pa.
Wpadłam z Gutkiem do przedszkola.
Strój księciunia wczoraj ostatecznie skombinowałam.
Dziecko w szatni przebrałam. Lecimy na górę, otwieram jego salę, a tam wszystkie dzieci NORMALNIE ubrane siedzą przy stolikach i w ogóle NIC się nie dzieje. 
-To nie dzisiaj ten bal?
-Nie, za tydzień
F.U.C.K.
;)

27 komentarzy:

  1. Wydaje mi się, że siostra aluzje rozumie - ale jej to nie rusza... Znam podobne przypadki (na szczęście nie z mojej rodziny ;)

    Ja to chyba ze wstydu bym się spaliła na jej miejscu... Choć nie wydaje mi się, żebym była do tego zdolna... Ok. raz w życiu odpuściłam sobie przygotowania na Wigilię u rodziców ;) - miałam wtedy równo miesięczne dziecko w domu. Nie przygotowałam żadnej potrawy, ale pomogłam w przygotowaniach ile się dało (przygotowanie stołu, noszenie, jakieś drobne porządki, strojenie choinki itd.).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz.... ona jakoś się nie wstydzi.... najlepsze jest to, że to JA się za nią wstydzę, bo jak jeździ do szwagra rodziny to też nigdy nic ze sobą nie zabiera i przyjeżdża na gotowe ;)
      Ano spoko, ja rozumiem, że czasem sytuacja zmusza, że człowiek nie da rady i już. Mam Gutka grudniowego więc tak samo jedną Wigilię mam w plecy - nic nie zrobiłam kompletnie, ledwo na nogach ustałam, żeby się opłatkiem podzielić ;)

      Usuń
  2. To ha mam nadzieję,że siostra czyta co piszesz i wreszcie zrozumie,przykre.moja na szczęście bardzo pomocna.a po księciuniu padłam,leże,ryczę ze śmiechu i nie wstanę.czadddd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. siostra nie czyta, nawet nie wie, że bloga piszę.... zaraz by pewnie rozgadała :)

      Usuń
  3. oj Myszko ja to bym już dawno prosto w twarz siostrze wygarnęła bo skoro sama nie podejmuje tematu,a wie na pewno o co kaman to trzeba ją DOSADNIEJ uświadomić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chyba trzeba, ale ja już tak mam, że nie lubię ludziom w twarz mówić przykrości.

      Usuń
    2. a ona Wam przykrości nie robi? pomyśl w ten sposób!

      Usuń
  4. Jakby tu powiedzieć.... Ty to czasami taka jakby ze mnie skórę ściągnął. A taką sytuację potrafię sobie wyobrazić, bo miałam podobnie z naszą Bet. Ale ona dorosła i niezwykle się zmieniła. Takie zachowanie byłoby już nie do pomyślenia. Ja też mam problem z mówieniem NIE i zwracaniem uwagi komuś wprost. Najczęściej tak jak Ty - sama zrobię i choć mam z tego jakąś satysfakcję, to takie cudze żerowanie na naszej pracowitości, empatii, poświęceniu i gościnności - może sprawić, że się zacznie mocno ulewać. Królowa-siostra musi kiedyś dostać jakiś wyraźny sygnał lub szkołę, bo inaczej zawsze będziesz tą latającą dookoła stołu, a ona tą za nim siedzącą. Może niech rodzice wystąpią do niej choćby z jakąś aluzją? Zwłaszcza mama? Nie umiem zrozumieć takiego zachowania... Ja to nawet jak kiedyś pojechałam do domu swego byłego i jego ojciec robił murek, to nie umiałam siedzieć obok i się gapić, tylko mu kamienie donosiłam. Myska, nasz typ tak ma i jej typ tak ma, tylko ona Wam robi krzywdę, a Wy jej dobrze. Tak być nie powinno.

    PS. Radosne! Bo całe szczęście, że nie tydzień PO ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, no patrz, niby skorpiony to bezwzględne istoty, a tu wychodzi, że największe kryjoki :)
      No właśnie, człowiek działa jak automat jak widzi, że ktoś sie męczy, nogi same wstaną, ręce same się rwą do roboty, a usta same pytają, czy nie trzeba pomóc. Dla mnie to tak naturalne, że nawet ciężko wejść mi w skórę osoby, która nie robi nic.
      Mama podobnie do mnie, milczy i robi, wie, że bez sporu albo obrażenia by się nie obeszło, a kto lubi wisielczą atmosferę wśród bliskich?

      Usuń
    2. Powiem Ci szczerze ze poniekąd rozumiem Twoją siostrę....mi też się nie chce robić czegokolwiek ale to dlatego że w roli gości rodzina m a im to niedogodzi.Jak pomyślę ze BN się zbliża i trzeba będzie przy jednym stole zasiąść to mi się odechciewa. ...No ale ze swoją familia to inaczej ;)

      Usuń
    3. Powiem Ci, że inaczej robi się dla swoich, a inaczej dla teściów. Ja i teściowa to dwa różne bieguny, na początku się tym przejmowałam, a teraz mi to zwisa. Robię swoje, żeby nie było i tyla! :)

      Usuń
  5. to ja bylabym wredna i powiedzialabym wprost, kiedys trzeba

    OdpowiedzUsuń
  6. No to nam sie nie wstydzisz powiedziec a przed siostra sie krępujesz ?
    Im dluzej zwlekasz tym jest trudniej.
    Nie chce dawać złotych rad bo wiesz, ze ja z tych co najpierw opierdalaja a potem mysla.
    Zawsze znajdzie sie jakiś sposób żeby po prostu zmusić siostrę do czynnego udziału.
    A może ona jest kiepskim kucharzem ? I wstydzi sie tego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tu wstyd nie ma nic do rzeczy Figa ;)
      Wiem dokładnie jak to będzie wyglądać, bo moja siostra słów krytyki nie znosi!
      Kucharzem jest o dziwo dobrym, to raczej kwestia lenistwa.

      Usuń
  7. Rozumiem sytuację ... Ale po co aluzje , po co utrudniać sobie życie - po prostu rozdzielić zadania i tyle. U mnie w rodzinie rozdzielania zadań nie ma , bo każdy po kolei przyjmuje rodzinę u siebie i tak też jest sprawiedliwie :)
    Ja rozumiem że może być ciężko powiedzieć tak prosto z mostu, ale to może być zwyczajna propozycja - albo pytanie co zrobisz i tyle.
    Powodzenia w rozmowach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie aluzje nie do końca się sprawdzają.
      Myślę, że Twoja metoda najlepsza jest, bez wypominania i oskarżania. W końcu nikt nie lubie kiedy w domu panuje napięta atmosfera!
      pozdrawiam!

      Usuń
  8. haahahahahahahahaaha - sorry ale wejscie w przedszkolu jak w jakies komedii :))))
    Fajnie, ze macie takie rodzinne spotkania- tego zawsze zazdroszcze i staram sie z gronem dobrych znajomych to jakos zrekompensowac... ale my zmieniamy sie- to wychodzi jakos tak automatycznie.
    Baran- Luxusowa- postawila by sprawe jasno- i zwrocila uwage badz zapytala sie wprost- krotka pilka- taki typek juz ze mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wejście zaliczyliśmy zabójcze :)

      Widzisz.... nigdy z nikim tak nie miałam, gdyby to był ktoś znajomy to po prostu rzadziej bym zapraszała, a tak?!
      Skorpion - mysa wprost nie umie, ale chyba najwyższa pora się nauczyć.

      Usuń
  9. To Cię księżniczka robi w bambuko. A nie można tak prosto z mostu: "Ej Księżno, rosołek się sam nie ugotuje, a ziemniaczki nie obiorą!"??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie nie umiem. byłaby obraza majestatu :)

      Usuń
  10. Chyba każda z nas zna podobną sytuację ;) trochę się pośmiałam czytając Twój post, tak lekko i ciekawie to opisałaś, ale... wiem jak to jest z takim księżniczkami i wiem ile człowiek musi się nadenerować... Jak ja tylko widzę to przychodzenie na gotowe to krew mnie zalewa... Na Twoim miejscu wprost powiedziałabym, że tym razem jej kolej :) Czasem działa, czasem nie, wiem z doświadczenia. Mimo wszystko trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepsze jest to, że we Wszystkich Świętych mój szwagier powiedział, że dobrze by było, żebyśmy imprezę sylwestrową przygotowali. Ja tego nie słyszałam, bo kursowałam między kuchnią, a salonem, ale M od razu odpowiedział, żeby zapomniał ;)

      Usuń
  11. Myska...no pewnie,że trzeba powiedzieć,grzecznie acz dobitnie;)Z tą księżniczką mi się najbardziej podoba,hahaha:)A że się przyzwyczaiła to się nie dziwię,ludziska do wygód i dobrego się szybko przyzwyczajają i serio-współczuję sytuacji....Sytuacja w przedszkolu-po prostu boska,jesteś the best matka;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też właśnie mam wrażenie, że im dalej w las tym gorzej. Mam wrażenie, a chyba pamięć mnie nie myli, że kiedyś wyglądało to nieco inaczej. Jednym słowem rozpuściłyśmy ją jak dziadowski bicz! Czas na zmiany :)

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...