6 wrz 2012

VERSATILE BLOGGER i DWA PSy

Jakiś czas temu zostałam wyróżniona przez Żółwicę i Julitkę nagrodą Versatile Blogger.
Bardzo Wam dziewczyny dziękuję, to super miłe, że wciąż komuś na tyle odpowiadam, że potrafi docenić moje gryzmoły ;)

Ja wiem, że czasu ani składu ani ładu w tych moich postach, ale zawsze uprzejmie informowałam, że pisanie nigdy nie było moją mocną stroną :)
Wyjątkiem była moja praca magisterska, którą pisało mi się re-we-la-cyj-nie, za co zostałam doceniona przez mojego profesora, ale to był temat dla mnie super ciekawy i pochłonął mnie całkowicie.


Ale dobra, ja tu pitu, pitu, a "logo" wyróżnienia czeka na prezentację.
Oto ono:


Zasady są takie, że mam powiedzieć o sobie siedem rzeczy, o których jeszcze nie wiecie i wyróżnić kolejnych 10 bloggerów :)
Naprawdę, ale tak naprawdę, to bardzo długo zastanawiałam się, czego wy o mnie nie wiecie i nie mam pewności, że się nie powtórzę, ale co tam, a nuż (widelec, łyżka) nie pamiętacie :)
Więc tak:

1. Czy wiecie, że prawo jazdy zdałam za pierwszy razem?
Bez dawania w łapę - żeby było jasne.
Zanim usiadłam na pierwszej lekcji za kierownicą, moja wiedza na temat prowadzenia auta była czysto teoretyczna. Wiedziałam gdzie kierownica, ręczny, gaz i reszta pedałów i to by było na tyle.
Prawko robiłam na studiach, w Krakowie, a szkołę wybrałam dość przypadkowo. Miałam dość blisko ;)
Za to trafiłam na wspaniałego instruktora (jeśli ktoś z Krakowa byłby zainteresowany to mogę podać nazwisko i adres placówki - choć nie mam pewności, że tam jeszcze pracuje).
Pan Janek miał prawdziwy dar przekazywania wiedzy, a przy tym bardzo się polubiliśmy :)
Moja pierwsza lekcja wyglądała tak, że usiadłam za kierownicą na placu i miałam ćwiczyć zmianę biegów, a pod koniec odwiozłam się na mieszkanie. Byłam tak przerażona, że masakra! Pierwszy raz za kierownicą i do tego miałam wyjechać na ulice Krakowa! To był dla mnie taki szok, że nic z drogi nie zapamiętałam ;)

A gdy wysiadłam z auta, to nogi miałam jak z gumy i powiedziałam, że więcej nie wsiądę za kółko.
Ale spoko, kiedy ochłonęłam to wzięłam i pozbierałam się do kupy i reszta kursu zleciała nie wiadomo kiedy ;)
Pan Janek na ostatniej lekcji powiedział, że poradzę sobie na egzaminie i żebym się nie bała, tylko śmignęła się zapisać, bo kolejki spore.
No to śmignęłam. Gdy się zapisywałam, okazało się, że zwolniło się jakieś jedno miejsce i mam do wyboru albo egzamin za 3 dni, albo za 1,5 miesiąca ;) No to wzięłam głęboki oddech i wybrałam 3 dni.
Pamiętam, że tamtego dnia, musiałam wstać w okolicach 5.00, bo dojazd do ośrodka egzaminacyjnego w Krakowie jest masakryczny. Trzema autobusami jechałam ;) A kiedy stanęłam na przystanku, to okazało się, że.... zapomniałam biletu miesięcznego :) i muszę lecieć do domu po bilet i legitymację studencką, a czasu malutko. Stwierdziłam, że gorzej już być nie może więc się wyluzowałam całkiem :)
Po egzaminie teoretycznym, kiedy czekaliśmy w grupce na instruktorów, gadałam z jakimś kolesiem i luzik taki, a on się pyta czy się nie denerwuje, a ja wyjątkowo byłam spokojna i mówię mu, że jak nie zdam teraz, to kiedyś na pewno i że mi zwisa, ale że w zasadzie muszę dzisiaj zdać, bo nie chce mi się jeździć na ten wygwizdów ;)
No i zdałam :)
Zdenerwowałam się dopiero po fakcie i trząść się zaczęłam niemiłosiernie.

2. Czy wiecie, że potrafię trząść się ze strachu?
(i puszczam bąki, ale to, pozwolicie, że pominę milczeniem;)
Kiedy wiem, że czeka mnie coś ważnego i trudnego, wtedy od zaczyna mną telepać :)
Choć, tak naprawdę, w chwilach jakiegoś wypadku losowego, kiedy nagle dzieje się coś strasznego, jestem jedną z nielicznych osób, które nie tracą głowy, tylko potrafią bardzo logicznie myśleć. Dopiero po fakcie mną trzęsie :)
Jak rodziłam Gutka i odeszły mi wody to ucieszyłam się, że nareszcie będę miała to za sobą i cały strach mnie opuścił. Pozornie - jak się okazało. Bo kiedy leżałam już po wszystkim, to trzęsło mną przez kilka godzin.

3. Czy wiecie, że nie potrafię zrobić rurki z języka?
Ponoć wszyscy to potrafią. 
Nawet Gutek.
A ja nie :)
Stroję miny, ćwiczę i nic. Chłopaki padają ze śmiechu.
Mój mąż, kiedy okazuje się, że wiem coś, czego On nie wie, bądź umiem coś zrobić, czego on nie, to zawsze wtedy pyta: a umiesz tak? - i robi rurkę ;)
Niech spada na drzewo, tak?

4.Czy wiecie, że nie znoszę jak coś nie idzie z planem. 
Moim planem, rzecz jasna. Lubię mieć wszystko pod kontrolą i zaplanowany cały dzień. Póki sama mogę zrezygnować z czegoś, bo na przykład źle się czuję, czy mi się zwyczajnie nie chce, to luz. Albo jak ktoś mnie wcześniej poinformuje o zmianie, to też ok, bo sobie poprzekładam różne rzeczy i ok. Ale jak ktoś mi mąci bez uprzedzenia, to biada mu, robię się wkurzona na ostro :)

5. Czy wiecie, że nie lubię się opalać?
Nie, że unikam jak ognia, bo zdarzy się, że jestem opalona, ale to zazwyczaj przez przypadek :) Na przykład jak coś robię w ogrodzie i akurat lampa z góry daje czadu :) Moja koleżanka ciągle się dziwi, bo ona na swoim balkonie (w bloku) spędza długie godziny leżąc plackiem.
Ja nie umiem leżeć plackiem. 
Oł noł.
Denerwuje mnie to niesamowicie. 
Niby można by poczytać, ale jak tu literki składać, jak się człowiekowi oczy pocą. 
W ogóle upał źle na mnie wpływa. Nawet ten w saunie. Raz w życiu byłam, a potem glebłam o ziemię bo zesłabłam. Senkju. Nidgy więcej. Nigdy! Newa!

6. Czy wiecie, że nie znoszę marnotrawstwa?
Niczego. Ani jedzenia, ani wody, ani prądu, ani papieru.
I tłukę do głowy Gutkowi, że jak myje łapki, to nie musi całej kaskady wody wylewać, tylko ciurek sobie puścić, a one i tak się umyją. I tłukę również do głowy, że jak rysuje na kartkach, to żeby później i drugą stronę wykorzystał do czegoś, bo kurna papier z drzewa, tak? I że ja bym chciała jeszcze swoje wnuki na grzyby do lasu zabierać.
Jedzenie u nas zazwyczaj schodzi, bo mam opracowany system takiego gotowania, by się nic nie marnowało. Tym oto sposobem wczoraj ugotowałam gar kompotu i upiekłam placka z owocami, bo już były takie nie teges i resztę lodówki do obiadu wpakowałam, także pasuje wyskoczyć na jakieś pakupki ;)
Wszelkie obierki i inne resztki lądują w moim ukochanym kompostowniku, a kości zjada Murzyn(ka).
Segreguję śmieci. Staram się wykorzystywać jakieś stare ciuchy, rozpruwam, przeszywam, tworzę i inne takie... byle wykorzystać jak się da. Lub daję komuś, kto akurat potrzebuje :) 
Wiecie już zapewne, że jestem lumpeksiarą, tak? To też jakiś sposób na utylizację odpadów ;)

Z prądem i wodą ostatnio jakby nieco gorzej, bo są moi rodzice, a pewnie wam nie wiadomo, że mój ojciec jedzie na dwóch komputerach (które są włączone non stop, jeden laptok - luz, drugi dość stary stacjonarny - żre prądu jak opętany), poza tym ciągle zapomina gasić światło za sobą i w łazience (jeśli ktoś akuratnie nie przechodzi tamtędy) potrafi się pół dnia świecić i inne takie.
Tym oto sposobem kilka dni temu zeszliśmy (niemal) z M na zawał dostając wyrównanie i prognozę na następne miesiące. Ale zdaje się, że na weekend będziemy już sami :D

7. Czy wiecie, że bardzo lubię swój wyuczony zawód, ale zawsze ciągnęło mnie w stronę sztuki? Chciałabym być malarką, dekoratorką wnętrz, florystką, rzeźbiarką  (i inne takie;)  w jednym. Bardzo lubie pracować i głową i ręcami :)


A teraz nominacja:
właściwie wszyscy już chyba zostali wyróżnieni, a kto nie, ten niech się teraz za moim pozwoleniem wyróżni :)

PS1.
Mam nowe ulubione piwo smakowe! Zazwyczaj te owocowe do mnie nie przemawiają, ale Sommersby  (Carlsberg) mnie urzekło :)

PS2. Dzisiaj Gutek nie płakał, kiedy go odprowadziłam. Podkówka była, ale nie wył. Juhhhuuuuu!






21 komentarzy:

  1. Też się przymierzam do tego posta ale nic do głowy sensownego mi nie przychodzi :)

    Parę rzeczy mamy podobnie.
    Z tą oszczędnością to raczej z moją mamą piątke mogłbyś przybić, bo za każdym chodzi i gasi :)

    PS Sommerby mnie nie urzekł. Ostatnio w ogóle od smakowych mnie odrzuciło, ale wypatrzyłam Książece Pszeniczne. I to jest to :)
    Zwykłe piwo, ale na pszenicy, nie jest smakowe ale nie ma też tej goryczki chmielu - tiaaa powiedzmy że chmielu (a tak naprawdę zółci bydlęcej od chinolków ściąganej)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mnie jak widać, też sporo czasu to zajęło, bo miałam problem... przez trzy lata troszkę już można się było o mnie dowiedzieć... poza tym pamięć kiepska i nie pamiętam wszystkiego o czym pisałam :)

      Piąteczkę dla mamusi! Ja w niektórych miejscach gaszę w innych twierdzę, że lepiej niech się dłużej poświeci bo są te energooszczędne... które denerwują mnie niemiłosiernie ;)

      Książęce Pszeniczne - zapisane! Muszę poszukać! :)
      No... ta żółć to weź... :)

      Usuń
  2. No sporo nie wiedziałam :) ładnie się wywnętrzyłaś ;) też tak mam z tym marnowaniem i oszczędzaniem - ostatnio dwie poszewki na jaśki z podkoszulków uszyłam :D a obiady resztkowe są najfajniejsze - można pokombinować, zawsze wychodzi coś innego :D I zmiany planów też nienawidzę - wszelkim niespodziankom i głupim siurpryzom typu nalot teściowej mówię nie :D
    Brawo Gutek!!!!!
    Podoba mi się reklama tego piwa ale nie próbowałam jeszcze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w tym momencie przypomniałaś mi, że mam takie duże fragmenty zasłon, które obcięłam i miałam sobie uszyć poszewki na jaśki :)
      A ja widziałam ostatnio fajne poduszki zrobione ze swetra :)

      Ja reklamy nie widziałam, a piwo to bardziej napój niż piwo, ale smaczne :)

      Usuń
  3. Podobno robienie rurki z języka jest uwarunkowane genetycznie i nie każdy może to zrobić :) A z prawo jazdy to podziwiam, ja sama zdałam za trzecim razem i to w dużo mniejszym mieście.
    Brawa dla Gutka za odwagę, na pewno niedługo będzie tylko czekał na to, żeby iść do przeczkola.

    Serdeczne pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mila, to Ty? Co tam u Ciebie? :)))
      Z tym językiem to mnie zaskoczyłaś! :)
      Z prawo jazdy to wiesz... głupi ma szczęście, a ilość podchodów do egzaminu wcale nie jest wyznacznikiem kierowcy :) mój mąż zdał za 4 razem, a mój brat za 7! A obaj są dobrymi kierowcami! :)

      Gutek dzisiaj ani łezki nie uronił, a co ważniejsze, podobało mu się! :)

      Usuń
    2. Mila, we własnej osobie ;) U mnie wszystko ok, dziękuję. Chyba powolutku zacznę wracać do blogowania bo jednak trochę tęskno bez tego...

      To świetnie, że Gutek już nie płacze. Pewnie niedługo nawet małe przyjaźnie się zawiążą.

      Usuń
    3. TTTAAAK! Wróć! Każdy się trochę uzależnia od pisania i ciężko tak naprawdę przestać :) Także nie odmawiaj sobie... popieram w pełni :)

      Usuń
  4. no, no zaskoczyłaś mnie swoją 7 :)))) ja tez po porodzie się telepałam jak głupia, bardziej po pierwszym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) zaskakująca siódemka! ot co! :)

      Usuń
  5. no fajnie się dowiedzieć nowych rzeczy:D
    ze mnie znowu się śmieją, że mam wyćwiczony język, bo i w poprzek go postawić umiem;p
    prawko też zdałam od razu,i nie znoszę martnotractwa jedzenia.Z prądem mamy na bakier, wszyscy:)
    buziaki i brawa dla Gutka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martuś, to Twój mąż musi być zadowolony z Twojego języka hihi... mój się tylko nabija ;)

      Dzięki w imieniu Gutka! :)

      Usuń
    2. nie narzeka w każdym bądź razie;p
      a niech by spróbował:/
      :))

      Usuń
  6. Robienie rurki językiem dziedziczy sie po rodzicach. Jeżeli Twoje dziecko umie a Ty nie to znaczy, że ojciec dziecka potrafi :) Co zresztą zostało napisane :) Ja potrafię a mój mąż nie potrafił skręcać ozora w efekcie czego jedna córcia robi rurkę a druga nie :) Jakby oboje rodziców nie posiadało takiej zdolności to ich dziecko też tego się nie nauczy. I już! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojęcia o tym nie miałam. Znaczy o tym dziedziczeniu zdolności rurkowej!
      Ha!
      Ale to się super składa. Niech mi tylko to chłop wypomni, to go odeślę instancję wyżej z pretensjami :)

      Kurczę.... ale czad.... dziedziczenie rurki....
      :)

      Usuń
  7. Wiesz, że podobno osoby które umieją robic "rurkę" z języka mają zdolności do nauki języków obcych? Jak jest u was? Mój Mąż też nie umie tak robic, a ja tak i też się z niego śmieje;)
    Nie lubię marnowac wody i prądu też segreguję śmieci. Trzeba dbac o środowisko.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas jest na odwrót. To ja "bezrurkowiec" jestem tą od języków :) Lubię się ich uczyć i jakoś mi wchodziły dość łatwo... mój mąż wręcz przeciwnie :)
      O środowisko dbać trzeba. Amen.

      Usuń
  8. Tak sobie mysle czy w byciu artystka musi przeszkadzac jakis inny wkonywany zawod? Conajwyzej z braku czasu mniej dziel sie stwozy ale to i lepiej, beda bardziej wyjatkowe - a wiec: do DZIELA!
    Prawka Ci gratuluje jak nie wiem co, bo w tym Polskim Kraju to rzadkosc jesli nie ewenement zdac uczciwie za pierwszym razem.
    Rurki tez nie potrafie ani nawet gwizdac ;o).
    Trzesienia sie w strachu wspolczuje, bo troche je znam - tez po fakcie.
    Z niemarnotrawieniem i nieopalaniem wyjdzie Ci tylko na zdrowie :o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, chyba nie przeszkadza, ale brakuje mi wykształcenia w tym kierunku, to znaczy ja jestem samouk... wszystkiego sama się uczę, część z internetu, część podpytuję kogoś, kto może wiedzieć więcej i tak o! A bardzo chciałabym sobie na jakieś warsztaty pochodzić, tylko moje miasto nie bardzo oferuje takie rzeczy :-/

      No właśnie niewiele znam osób, które by zdały za pierwszy razem bez łapówek...dlatego się pochwaliłam. Wcale jednak nie uważam, że ilość podejść do egzaminu przekłada się na jakość jazdy :]

      Usuń
  9. ale super poczytać coś nowego o Tobie. :-)
    Jak widzisz, jeszcze potrafisz nas zaskoczyć! ;-D
    Ja też nie znoszę marnotrawstwa, ale rurkę to robię bez problemu. ;-P
    Ale za to gwizdać nie umiem, a Ty? ;-)
    I podpisuję się pod Linką, jeśli chodzi o punkt 7 - na to nigdy nie jest za późno! ;-D
    Jak to mówi Vera: Ciśniesz, laska, ciśniesz! ;-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no widzisz... a mnie za każdym razem wydaje się, że się powtarzam ;)

      Gwizdać umiem i to jak! Ale to też inna opowieść i też wszyscy się za mnie nabijają jak gwiżdżę :)

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...