26 sty 2012

Z OBSERWACJI PRZEDSZKOLNYCH

Mały brainstorm nam się stworzył pod ostatnim postem:)
Dzisiaj więc odskocznia od Gutkowych pytań i stwierdzeń:)
 
Z obserwacji przedszkolnych to mam takie sobie spostrzeżenie, że niektórzy rodzice zachowują się gorzej niż dzieci.
Albowiem.
Idea sobotnich zajęć na które uczęszczamy z Gutkiem to przede wszystkim zahartowanie malucha, który z jakichś tam przyczyn nie chodzi w tygodniu do przedszkola, nauczenie pewnych zachowań i przygotowanie do edukacji w szerszym spektrum.  
I kiedy rozmawiałam z panią dyrektor, zapisując Gutka do tegoż przybytku, ta w dobrej wierze, obiecała mi, że przez pierwszych kilka sobót rodzice mogą być na sali z dziećmi obecni, by po okresie próbnym się, delikatnie mówiąc, kamfornąć, tzn. ulotnić niczym kamfora, to znaczy zsublimować się ;)
Niestety.
Część rodziców nie chce tego uczynić, co mnie wpędza w pewien rodzaj poirytowania i nie pomaga fakt, że rodzic może znajdować się tuż za drzwiami i wkroczyć, kiedy dziecku będzie się działa wielka krzywda (nie będzie się działa, bo panie są bardzo fajne, dzieci już je znają i znają siebie wzajemnie, a strach swój i tak będą musiały kiedyś przełamać i z mojego punktu widzenia lepiej to zrobić teraz w małych dawkach – skoro jest ku temu sposobność, niż później od razu osiem godzin zafundować). Dodatkowo, same panie prowadzące zajęcia twierdzą, że lepiej im się pracuje z dziećmi bez rodziców. Co oczywiste być się zdaje, bo rodzice bywają bardziej niegrzeczni i kapryśni od dzieci, a i same pociechy bez „wsparcia” mamy bądź taty za plecami, są bardziej nastawione na „obróbkę przedszkolną”.
Niestety najwięksi przeciwnicy pierwotnego pomysłu pani dyrektor, są jednocześnie najbardziej wkurzający dla mnie. A ich niechęć do wyprowadzki z sali to tylko jeden z powodów. Bo:
 
1. Przypadek Mikołaja.
Jest Mikołaj i jego mama. Mikołaj to szczególny przypadek, który po kilku tygodniach praktyk ani o milimetr nie postąpił w swoich przedszkolnych osiągnięciach.
Przeciwnie.
Mikołaj zawsze wszystko psuje.
Mikołaj to mały zbir.
To dziecko, w którym osobiście widzę przyszłego dużego zbira, złodzieja, moczymordę i rozbójnika.
Konkretniej – Mikołaj to mały agresor, zainteresowany głównie biciem innych dzieci (w tym kopaniem po głowie!!!), a także bieganiem dookoła bez konkretnego powodu ni sensu…
Nigdy, ale to nigdy nie jest zainteresowany poleceniami pań.
Mama albo ma dość, albo się wstydzi – nie wiem – kompletna bezradność z jej strony. Ja rozumiem, ze każde dziecko czasem szaleje, ale hello? Ona ma tak z nim cały czas. Co ta biedna dziewczyna zrobi, jak Mikołaj będzie miał 10, 15 czy 20 lat? Też będzie rozkładała ręce i nastawiała się, żeby jej przyłożył?
Podejrzewam, że na takich Mikołajów przedszkolanki często trafiają i radzą sobie z nimi o niebo lepiej. Przy obecnej w sali mamie - skoro ta nie reaguje - to pani tym bardziej nic nie może zrobić.

2. Przypadek Paulinki
A właściwie przypadek mamy Paulinki, bo to z nią jest większy problem.
Macie czasem tak, że nie lubicie kogoś od pierwszego wejrzenia?
No ja tak mam. Rzadko bo rzadko, ale w tym przypadku wystarczyła mi pierwsza minuta spędzona w towarzystwie mamy Paulinki.
To szczególny przypadek.
To typ nadgorliwej i wszechwiedzącej mamuśki. Brrrrrr.
Irytuje mnie od samiuśkiego początku głównie ze względu na roszczeniowy ton i poziom wypowiedzi.
Początkowa Nadgorliwa i Wszechwiedząca wypytywała panie prowadzące zajęcia o dodatkowe materiały, ŻĄDAŁA spisu piosenek, wierszyków, słówek z angielskiego, żeby w domu z dzieckiem ćwiczyć.
A potem musztrowała Paulinkę na kolejnych zajęciach: „no powiedz”, „no zaśpiewaj”, „no przecież wiesz”, „stań prosto”, „usiądź”, „nie tak”, ”źle”, „popraw się”,” proste plecy”, „zjedz”, „nie jedz”, normalnie jak kat stała nad tym dzieckiem i cały czas je strofowała.
Niestety wiele tym nie osiągnęła, bo choć ambicja ją zżerała, to dziecko szło swoim torem i uczyło się jak przeciętny przedszkolak (a nawet trochę gorzej) ani trochę nie prześcigając rówieśników.
No to trudno. Mamunia zrobiła ping i z Nadgorliwej i Wszechwiedzącej, została tylko Wszechwiedząca.
Teraz Paulinka może robić co jej się żywnie podoba. Dla przykładu:
a) dzieci bawią się woreczkami wypełnionymi ryżem, po chwili pani kończy zabawę, wymyślając kolejne ćwiczenia tym razem z użyciem innych przedmiotów. Niestety Paulinka wciąż chce woreczki i nieważne co mówi Pani, mama żąda dla niej woreczków, coby dziecko nie płakało.
Ja rozumiem, że mama jest najważniejsza w życiu dziecka, ale kurna podważanie autorytetu pani przy dziecku, przy innych dzieciach i ich rodzicach fajne nie jest.
b) dzieci uczą się angielskiego, ale Paulinka nie ma ochoty. To nic. Paulinka może w tym czasie rozwalać na półkach zabawki i zaczepiać inne dzieci kusząc je lalkami, autkami i innymi duperelami. Paulinka może rozpraszać pozostałe dzieci - to przecież takie urocze - Wszechwiedząca siedzi dumna i ani myśli zapobiegać. 
c) Na tych samych zajęciach, które wyglądają mniej więcej tak, że dzieci siedzą na podłodze w półkolu, jest rzutnik multimedialny, na środek wychodzą te maluchy, które znają odpowiedź na zadane pytanie, albo trwa jakaś zabawa, itp., Na ostatnich zajęciach Wszechwiedząca razem z Paulinką położyły się na środku półkola obdarowując się buziakami i chichrając do rozpuku. Miałam ochotę wydrzeć spod Gutka poduchę  i zacząć ją okładać, ale pomyślałam, że uzna to za zabawę.
Ja naprawdę jestem w stanie wiele zrozumieć, sama publicznie okazuję dziecku uczucie, ale to było na zasadzie „patrzcie jaka jestem fajna, bawię się z dzieckiem i rozdaję buziaki” - żenada...
d) A już najbardziej, najbardziej, najbardziej rozwala mnie, kiedy Wszechwiedząca siedzi i papla przez telefon, albo z inną mamunią papla na żywo… i ani trochę się nie czai… gada na głos. Pani od angielskiego musi ją przekrzykiwać, żeby coś do tych chętnych dzieciaków dotarło.
Ze skrajności w skrajność.

W sumie nie wiem do czego zmierzam w tym poście… ale trochę mi ulżyło jak to napisałam :)
Chyba musiałam to z siebie wylać :)

17 komentarzy:

  1. Wiesz, a ja myślałam, że tylko ja mam uczulenie na niektóre osoby. Ale czytając Twojego posta sama bym tą Wszechwiedzącą pogryzła. Moja mama powiedziała mi kiedyś takie zdanie:
    " Znane to prawo fizyczne,
    iż ciązy rzecz masywniejsza.
    Im głowa wyżej zadarta,
    tym z pewnością lżejsza"
    Nie wiem czy Ci to pomoże, ale czasem warto mieć takie zdanka, które dają grzecznie acz dobitnie do myślenia. Co prawda po pani, opisanej wyżej, nie spodziewałabym się szybkiego kontrataku. Tak więc uszy do góry. W razie co, daj znać, to sama ją pogryzę. Pozdrawiam z zasypywanej nieustannie śniegiem stolycy. Karol(ina).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Linko, Twoja mama to dla mnie jakaś mistrzyni słowa... lepiej bym tego nie ujęła :)
      Muszę wyryć na pamięć i będę sobie to powtarzać w ciężkich chwilach z bufonami :)
      Ciekawe czy by Wszechwiedząca zajarzyła, gdybym to powiedziała przy niej :)
      Ja pozdrawiam z zasypanego (po kolana obecnie) Podkarpacia :)
      macham łapką póki mnie jeszcze widać!

      Usuń
  2. Faktycznie dyskusja wczoraj się rozwinęła pod ostatnim postem, ale to kurcze ciężka sprawa tak naprawdę :)

    Myska z tym nie lubieniem to mam tak samo, czasami nawet za szybko "skreślam" człowieka. Ale zdarza się często, że jednak miałam rację.

    Na takie mamuśki to jestem wybitnie uczulona, nie kryje wtedy niechęci.
    Dziwie się tym paniom w przedszkolu, że nie wypraszają rodziców przy kolejnych już zajęciach. Wiem, że ciężko zostawić dziecko (sama zrezygnowałam z 5 godzinnego przedszkola na ten rok - chyba sama nie dorosłam jeszcze do tego :) ) ale trzeba zrozumieć, że w przedszkolu rządzi pani, to jej teren i ona podejmuje decyzje. Podziwiam za cierpliwość, ta akcja z podważaniem autorytetu pani przy dzieciach i innych rodzicach - ja na miejscu tego kobiety pokazałabym Wszechwiedzącej drzwi i kazała nie wracać!

    No, udzieliła mi się nerwa, bo okropnie nie lubie takich durnych bab :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie lilijko, że ciężka sprawa, choć ja już sobie poukładałam to w głowie :) Na razie :)

      Ja Lilijko zawsze kieruję się intuicją co do ludzi... nigdy się nie zawiodłam na niej :) W ogóle moja intuicja jest bardzo pomocna w życiu :) Nawet małżonek się przyzwyczaił, ze jak "coś czuję" to często to coś się sprawdza :)

      A co do mamuśki z przedszkola... to ja nawet bym zrozumiała, gdyby była faktycznie wszechwiedząca, ale ona nie ma nigdy nic ciekawego do powiedzenia, a się wymądrza :-/ Przywykłam, że najmądrzejsi w moim otoczeniu są zarazem bardzo skromni, dopiero gdy się ich o coś pyta to zaczynają odpowiadać... ale jak?! Normalnie nie zagniesz na niczym! :)

      Panie prowadzące są młodziutkie, poza tym to przedszkole prywatne (jedyne z sobotnimi zajęciami w okolicy) i może jakieś inne reguły w nim panują, nie wiem sama. Może się dziewczyny wyrobią, a jak nie, to pomyślimy w kilka osób jak je ratować :)

      Usuń
    2. Widzisz, ja mam jeszcze wsparcie w starszym bracie... myślę, że szybciej podsłucha niż przyjdzie mnie pytać - mam nadz ;p

      Ha! święta racja - to głupota zawsze się wychyla z tłumu, głupotą właśnie będąc, nie bez powodu mówią (pomijam już niesamowity wierszyk Linki mamy :)), że dzwon głośny bo pusty...

      Usuń
  3. Jak to mówią są ludzie i parapety ta pani bez wątpienia należy to tego drugiego gatunku , ja na miejscu tej Pani przedszkolanki zagryzłabym od razu jak by mi się babsko po dywanie zaczęło kulać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie ja nie wiem, skąd te dziewczyny mają tyle cierpliwości... do rodziców głównie, dzieci są ok - wyrobiły się :)

      Usuń
  4. O mateczko, jak ja nienawidzę takich bab! Wrrr!!!
    Nie mam doświadczenia z obserwacjami mamusiek w przedszkolu ale już to sobie wszystko wyobrażam! Zresztą, nieraz można takie mamusie spotkać gdzieś poza przedszkolem i też wkurzyć się na maksa!
    O ile mamie Mikołaja to po prostu współczuję, bo kobieta nie potrafi sobie poradzić z takim małym dzieckiem co oznacza, że jak będzie starsze, to dosłownie wejdzie jej na głowę. Masakra!
    Ale mamę Paulinki to już bym po prostu rozniosła na strzępy! Nie było czegoś trwardszego niż ta poduszka, żeby jej przyłożyć?? ;-)
    Takie dzieci, które mogą robić co chcą i które nie mają wyznaczonych wyraźnych granic i autorytetu - z takich dzieci nic dobrego nie wyrośnie i tyle. Paulinka będzie w przyszłości piękną repliką swojej mamusi. Zero szacunku dla innych - i możliwe, że mamusię w to włączając.
    Brrr!
    Może spróbuj porozmawiać z innymi rodzicami i jakoś przeforsować jednak to, żeby dzieci choć czasem zostawały w sali same z Paniami. To by wszystkim dobrze zrobiło! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Julitka to nie trzeba doświadczenia, żeby wkurzać się na durną mamuśkę :)
      Ja też mamie Mikołaja współczuje, choć osobiście nie rozumiem jak się dopuszcza do takich sytuacji, ze z własnym dzieckiem sobie nie umie poradzić. Trudno to nawet adhd tłumaczyć... bo on był zwyczajnie agresywny... od 2 sobót go nie widziałam i nie wiem czy choruje, czy się wypisał... mam nadzieję, ze to drugie ;)
      Mimo wszystko mama Paulinki bardziej mnie wkurzała, bo tamta to się chociaż wstydziła, a ta nic... normalnie kołek - najważniejsza, najmądrzejsza. Nie rozumie, że sama robi krzywdę dziecku, bo Paulinka kiedyś zostanie sama wśród dzieci i kogo ona wtedy będzie słuchać, skoro mamy nie będzie ;)

      Usuń
  5. Masakra jakaś z tymi Mamami. Jestem ciekawa jak w przedszkolu będzie się zachowywał mój Synuś:) To taki sprawdzian dla nas rodziców. Czy nie będzie zaczepiał dzieci, bił się i tym podobne. Wszystko okaże się we wrześniu. Fajnie, ze wasze przedszkole oferuje takie zajęcia w soboty, dzieci mogą się oswoic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meg, powiem Ci, ze dzieci w przedszkolu zachowują się podobnie jak w domu. Na początku są onieśmielone, ale potem już w miarę normalnie. Gutek nigdy nie był agresywny więc nie ma skłonności, żeby kogoś bić.
      Ale widzę różnicę, że się zmienia i wyrabia... On i kilkoro innych bajtków... bawią się fajnie z panią, bo na początku trochę zamęt był :)

      Usuń
  6. ja miałam dzisiaj podobne przeboje... przyszły mamy 6-ciolatków, bardzo nie zadowolone po lekcji pokazowej, no bo dzieci broiły, pani sobie nie dawała rady, gadała do nich cały czas po polsku, nie widać w ogóle było, że dzieci cokolwiek potrafią itp itd oczywiście ponieważ klient to nasz pan to sobie w myślach odmówiłam mantrę (kurwakurwakurwa) i powiedziałam, że zbadam sprawę i się tym zajmę...
    no i gadam z biedną lektorką i ta mi mówi, że ta lekcja to rzeczywiście była miazga, bo:
    a) dzieciury tychże pań świrowały na całego, popisywały się przeszkadzały, na co mamy uśmiechały sie półgębkiem...
    b) te owe zatroskane matki przez pół lekcji sobie gadały między sobą zupełnie dekoncentrując dzieci i lektora... jedna nawet komórkę odebrała...
    wkurzyłam się jak dzik, bo byłam u tej laski na hospitacjach i wiem, że sobie nie da w kaszę dmuchać i umie gówniarzy do pionu postawić i bez rodziców to oni chodzą (prawie) jak w zegarku...
    a najgorsze to to, że klient nadal nasz pan, nawet jak się tak zachowuje... ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Olu, Ty się z takimi sytuacjami spotykasz na pewno częściej... dla mnie to trochę szok, że ludzie są tak dziwni... będą obwiniać o nieudaną lekcję Bogu ducha winną dziewczynę, a sami zachowują się jak szczyle. Chyba po to rodzice przychodzą, żeby pomóc w pierwszych zajęciach, a wygląda na to, że większość zdecydowanie przeszkadza.
      Nie dość, że te dzieciaki same nic nie wyniosą z zajęć to jeszcze innym przeszkadzają - jakiś kosmos :-/

      Usuń
  7. O...
    Mam parę słów do Myski i Oli, ale najpierw Ola, bo inaczej zapomnę:
    Ola, przed lekcją pokazową warto taki Regulamin do rodziców wystosować żeby się przysłuchiwali lekcji, a pytania do lektorki zapisywali i po zajęciach je zadawali.
    Że nie wolno rozmawiać w trakcie zajęć z dzieckiem ani między sobą.
    Wydaje mi się, że skoro to są dorosłe osoby to powinny uszanować cudzą pracę (lektorki) i dostosować się do zasad panujących w szkole.
    Młodszy ma JEDYNĄ ocenę bardzo dobrą na półrocze: z angielskiego !!! heheh (nie wiem czy się faktycznie tak dobrze uczy i to efekt szkoły językowej - czy tak dobrze udaje w swojej podstawówce)


    Myska, wy jako rodzice, którym się zachowanie pewnych "uwielbiających swoje cudownie grzeczne" dzieci mam nie podoba powinniście wspólnie porozmawiać z paniami z przedszkola. Gdyby od początku były jasno ustalone reguły co rodzicom wolno a co nie wolno na sali z dzieciakami to nie byłoby zgrzytów.
    Odnoszę wrażenie, że wszelkiej maści instytucje oferujące jakieś usługi dla dzieci - robią z tych dzieci święte krowy a z rodziców wypchane portfele, przed którymi należy bić pokłony.
    I potem są efekty.
    Nawet jak ktoś płaci grubą kasę to powinien zasady znać, przestrzegać ich i szanować innych.
    Nie wiem czy wy tam płacicie czy nie za to sobotnie przedszkole. Jeśli jest to bezpłatne to tym bardziej dyrekcja ma prawo ograniczać ingerencję rodziców w grupę dzieci.
    A ja w ogóle jestem za tym żeby rodzice nie byli z dziećmi na sali, tylko sobie obserwowali przez jakąś szybę z innego pomieszczenia.
    A co sanepid na to, że rodzice z dziećmi są na salach?
    W przedszkolu Młodszego do sali rodzicom nie wolno było wejść, tylko mogli w drzwiach stanąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Figa, ja myślę, że de facto wszyscy się uczymy tych sobotnich zajęć i my-rodzice, i pani dyrektor bo po raz pierwszy sobotnie zajęcia są organizowane u mnie w mieście.
      Prowadzi je tylko jedno przedszkole (prywatne, zajęcia są płatne, ale kwota wbrew pozorom nie jest zabójcza, wydaje mi się, ze bardzo adekwatna do proponowanych zajęć).

      Ale tak ja piszę, te zajęcia pierwszy raz się odbywają i wyglądają nieco inaczej niż regularne całotygodniowe przedszkole.
      Dwie najmłodsze grupy to dzieci z rodzicami. Nie wiem jak to jest w tej drugiej grupie, ale u nas w zasadzie tylko jedna mama (Paulinki) tak mi działa na nerwy.
      Może też być tak, że to ja zbyt "poważnie" traktuję te zajęcia i powinnam bardziej się wyluzwać, ale widze, ze Gutek bardzo się dzięki nim rozwinął i chce się uczyć więc dlaczego mam mu tego nie ułatwić. Ale może z punktu widzenia "Wszystkowiedzącej" to ja jestem ta zła... nie wiem sama.
      W każdym razie gdyby się którejs pani przedszkolance coś wyrwało to ja stanę murem na 5 metrów wysokim za nią (za przedszkolanką, rzecz jasna)

      Ja nie odczuwam, zeby takie instytucje były nastawione tylko i wyłącznie na zysk... w jakiejś części na pewno, ale w tej chwili jest spora konkurencja, i żeby się utrzymać to to przedszkole o którym piszę musi mieć porównywalne ceny (pamiętajmy, ze to małe miasto, niewielu jest bogaczy - ma świetne dopłaty z Unii póki co, dzięki czemu płaci się jak w państwowym), a przede wszystkim musi prowadzić ciekawe zajęcia. To przedszkole zrobiło na mniej jak najlepsze wrażenie (odwiedziłam 3) i poważnie się zastanawiam czy nawet jeśli będzie troche drożej (bo dopłaty kiedyś sie skończą) czy Gutka tam nie zapisać, zobaczymy jak z kasą będzie i będziemy musieli to skalkulować.. w tej chwili i państwowe są drogie.

      Przebywanie na sali z dziećmi ma swoje plusy jeśli dzieci się aklimatyzują... Każdy maluch rozłąkę przyjmuje inaczej i powinna być możliwość, żeby szok jakoś zminimalizować.... tak się robi w wielu krajach i uważam, ze to fajne... ale też bez przesady.
      Tak jak powiedziałaś, jakieś zasady powinny być wcześniej ustalone. I są dla tych maluchów i rodziców całotygodniowych. Trudno wymagać od dyrektorki, żeby wprowadzała jakieś twarde warunki w przypadku zajęć, które nie są obowiązkowe i wynikają z dobrej woli. Moze ewentualnie porozmawiać z mamą Paulinki, ale chyba nikt jeszcze na nią nie poskarżył.

      Obserwowanie przez szybę jest bez sensu, tak uważam... no chyba, ze miałoby to być lustro weneckie, że rodziców nie widać ;) Inaczej połowa bajtków by była przyklejona do tej szyby zasmarkana i zapłakana.

      Rodzice jeśli chcą wejść głębiej poza szatnię muszę ściągnąć odzież wierzchnią i ubrać kapcie... myślę że to ok. Jest czyściutko, a chyba o to chodzi sanepidowi ;)
      No bo zarazki to i w szatni czy pod drzwiami się przekazuje...
      Poza tym w normalnym trybie (pon-piątek) rodzice zostawiają pociechy i lecą do pracy czy gdzieś... żaden tata czy mama nie przebywa z dziećmi w sali.

      Usuń
    2. Może ja mam takie zdanie a nie inne bo miałam "niezwyczajne" dziecko, które nie potrzebowało aklimatyzacji i nie musiałam z nim być nawet 5 minut w pierwszy dzień w przedszkolu :)
      Zaprowadziłam do sali a Młodszy jak zobaczył grupę dzieci to powiedział: papa. I tyle go widziałam.
      Nawet nie wiedział kiedy mu zleciało 5 godzin :)
      A ja za przeproszeniem "zesrana" byłam czy za godzinę nie bedzie płakał, tęsknił, czy dzieci go nie skrzywdzą... ale wszystko było zawsze przez całe 4 lata w porządku (maluchy I i II grupa, średniaki i starszaki czyli "zerówka")

      Takie sobotnie spotkania to dla mnie bardziej jak zebranie się mam z dziećmi na placu zabaw ale wtedy są wszystkie mamy. A u was są przez cały czas wszystkie mamy/ojcowie/babcie czy nie?
      Bo może byście się jakos umówili (rodzice czy też babcie) że np. wyjdziecie wszyscy na 1 godzinę albo dwie i zobaczycie co dzieci na to?
      Jest to też jakaś forma próby kontaktu z matką Paulinki, może się kobieta jakoś "otworzy" i bedzie można jej delikatnie coś mądrego zasugerować. Przy dziecku to ona sie popisuje (sama jest jak dziecko), że taka super mamunia jest i niech inne dzieciaki widzą jak kocha córeczkę. Poza tym rodzice mogliby też mieć jakąś wspólną zabawę z dziećmi - ale taką zeby się wszyscy zaangażowali :) no choćby "mam chusteczkę haftowaną" albo "rolnik sam w dolinie" :))

      :))) będzie dobrze. Widac dla mamy Paulinki przedszkole jest traumatyczniejszym przeżyciem niż dla dziecka :)

      Usuń
    3. Figa, chyba faktycznie miałaś nadzwyczajne dziecko :) Znam takiego chłopca, co też bez problemu się zaaklimatyzował i moje siostrzenice też, ale one chodziły do żłobka.... zdecydowana większość jakoś tam przeżywa rozstanie, i czasem wystarczy dzień a czasem wiele wiele dni. Pamiętam od siebie z przedszkola Anię, która cały czas płakała. Tygodniami!. Nigdy nie chciała się z nikim bawić tylko w kółko beczała. Nie lubiliśmy jej... ale dopiero teraz wiem, że jej mama dopiero musiała mieć schizę :)
      Ja przygotowuję Gutka na to, że kiedyś zostanie sam, a ja po niego później wrócę. Niby dociera, ale jak wyjdzie w praktyce to nie wiem.
      Mam uraz ze żłobka i teraz się nie nastawiam tak pozytywnie... wolę się miło rozczarować ;)

      Tak, u nas przez cały czas są rodzice... zajęcia nie trwają długo bo 2,5 godziny - to jest rytmika i angielski.
      Dla starszych dzieci jest więcej zajęć bo i plastyka, aerobik, judo, i coś tam jeszcze...
      Spróbuję jeszcze wziąć Gutka na zajęcia plastyczne, zeby się zaznajomił trochę z tematem, w domu coraz chętniej wykonuje różne prace, więc może coś się przełamał :)

      Problem z Mikołajem sam się rozwiązał, bo mama go wypisała... a na ostatnich zajęciach nie było Paulinki więc atmosfera też była całkiem inna. Było super. Czyli widać kto najbardziej psuje atmosferę i jest to tylko jedna osoba ;)

      Zajęcia nie są spotkaniem mam, tylko dzieci. Stanowczo. Atmosfera jest przedszkolna i chodzi o dzieci nie o dorosłych. Rodzice się nie znają i czasem wymieniają uwagi między sobą, ale jest to okrojony kontakt. Czas jest ściśle wypełniony i raczej każdemu szkoda czasu na pogaduszki.

      Z racji tego, ze rodzice są obecni na sali to panie jak najbardziej organizują ćwiczenia, w których mamy /ojcowie mogą brać udział. Niektóre zabawy są dla dzieci, niektóre wspólne.

      Ja mam wrażenie, ze mama Paulinki jest albo tępa i nie zdaje sobie sprawy z tego co robi... albo lubi być zawsze w centrum uwagi i jak wszyscy się na nią gapią. Przykre, ale mam nadzieję, że będzie jak najrzadziej obecna, a jak nie, to sama zwróce jej uwagę... w dupie mam co ona na to ;)

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...