3 wrz 2011

O FUDZE, KRAKOWIE I MATKOWANIU NA ODLEGŁOŚĆ


We środę zaliczyliśmy Kraków.
Ja i M.
Gutek został z babcią w domu. I był nieziemsko grzeczny. I tylko wieczorem trochę tęsknił.
Bo jak zadzwoniłam ok. 17-tej to nie miał czasu rozmawiać (cieść, spałem tloszkę i kupkę zlobiłem, to pa).
Tiaa…
Ogólnie relację zdał, ale nie obeszło go wcale, że mamunia chciała podyskutować, bo ją  skręcało z racji odległości ;)
Teraz tak. Co do Krakowa.
A nie, zaraz, najpierw Wam opowiem o mojej podróży doń.
Otóż.
M pojechał do miasta, które leży nam po drodze - jakąś naradę odbyć. Ja miał dojechać pociągiem. I tego. Połączenie TLK miałam idealne, znalazłam na necie, że przewoźnik oferuje różne zniżki, dla siebie też coś wyniuchałam. Ino, że se tego nie zapisałam, a pamięć mam krótką. Nawet bardzo. Podchodzę do kasy i proszę:
- poproszę bilet do [nazwa miejscowości] jakiś ponoć wspaniały jest – pani na mnie patrzy, a jej wyraz twarzy świadczy ewidentnie, że coś porąbałam. Więc kombinuję – yyy, znaczy tego… yyyy – myślę cudowny nie, świetny też nie…i nagle słyszę ratunek
- chodzi pani o bilet rewelacyjny?
No.
Potem jak już usadowiłam swój kuper w przedziale, pomiędzy młodymi i gibkimi studentkami czterema, to wyciągnęłam książkę. Następnie oniemiałam. Trzy z nich wyciągnęły laptopy. Wcale się staro nie poczułam. WCA-LE! Jednak ten czas pędzi nieubłaganie, tak?
Ale dobra.
Wysiadłam w tamtym mieście. Spotkałam się z M. I pojechaliśmy do Krakowa. Znaczy prawie nie pojechaliśmy.
Bo tak.
Na autostradzie przegapiliśmy zjazd, tuż po tym jak się przechwalałam, że „ze mną skarbie nie zginiesz” i dojechaliśmy do bramek autostrady płatnej więc po nich następny zjazd dopiero w Trzebini, a my - prawda - w tym Krakowie jednak chcieliśmy pobuszować.
Udało nam się jednak ubłagać panią bramkarkę, ona wykonała jakiś arcyważny telefon i puściła nas służbowym przejazdem (skasowała 8zł i tak ;). Ale najważniejsze, że zawróciliśmy i nie musieliśmy się telepać aż tam. M wziął i już mnie nie słuchał  wcale tylko tej żmiji z GPS-a.
O i tak.
Teraz pytanie.
Kiedy na tego Conrada skończą te drogowe wygibasy? Ktoś wie? Bo normalnie koszmar. A mnie Ikea na gwałt potrzebna. A to jakby jedno bez drugiego ni dudu.
I najważniejsze.
Dlaczego nikt mi nie powiedział, że na AGH taką śliczną ciuchcię postawili? Ja ją pierwyj raz widziała i normalnie dech mię zaparło.
No śliczna.

I w ogóle trochę się pozmieniało wszędzie. I znowu mnie rąbnął ten uciekający czas. I że się wszystko zmienia. Nie wiem dlaczego, skoro ja wciąż mam 23 lata (choć pogubiłam się, który to już rok z rzędu)

*

Z innej beczki
Kupowaliście ostatnio jakąś fugę?
Meliskę radzę wcześniej walnąć. Najlepiej podwójną.
My najpierw kupiliśmy jedną. Potem wymieniliśmy ją na inną, podobną, tylko ton ciemniejszą. I kiedy pan ją położył, to okazało się, że zamiast orzechu (na wzorniku super wyglądała. Ni to popiel ni to beż. Idealnie nam pasowała do płytek) mamy brzoskwiniowo – łososiowe coś, taki róż z pomarańczem w odcieniach babcinych majtek.
Spoko.    
Dobrze, że pan zużył jeden worek na osiem. Więc chłopcy zaczęli rwać fugę, a mnie wysłali, żebym oddała resztę.
Pani w sklepie, z którą miałam do czynienia odbywała właśnie randkę z jakimś klientem i ponieważ ośmieliłam się jej przerwać, to załatwiłam wielkie nic. Była nieuprzejma, do tego ten jej adorator zaczął głupimi tekstami rzucać więc go zrąbałam, co mnie ostatecznie pogrążyło.
Pani mnie uświadomiła, ze zwrotów u nich nie ma i „niech pani idzie na sklep i poszuka se  towar za tę samą kwotę, wtedy ja wymienię” – że tak zacytuję, tylko proszę to podniesionym tonem czytać, jeśli czytacie na głos. Taka pani była uprzejma.
Rozklekotany wózek, 40kg fugi, płaczące dziecko, nieuprzejma sprzedawczyni, wścibski adorator  - czujecie w jakim wspaniałym nastroju opuściłam sklep?
Oczywiście pojechałam się poskarżyć mężowi na budowę, miast przytulić to zrąbał na dokładkę i sam pojechał oddać fugę.
Myślicie, że mu nie przyjęli?
Cwaniak do kierownika od razu uderzył.
O i tak mnie traktują w sklepach budowlanych.

No! Ale trochę mi ulżyło, jak opowiedziałam.
Bo jeszcze mi powieka lata na samo wspomnienie ;)

BTW. Fuga leży już inna i wygląda ładnie. Nawet dobrze, że tamto nie wyszło :)

*


Ja nie wiem. Może i jestem nienormalna. Zostawiam dziecko na cały dzień. Wiem, ze włos mu z głowy nie spadnie. Że jest bezpieczny i zadowolony. Wyjeżdżam rano i czuję takie coś na kształt ulgi i się relaksuję. Chwilowo. Po kilku godzinach zaczynam coraz częściej zerkać na zegarek i się denerwować. Całkiem po południu już o niczym innym nie myślę tylko co moje dziecko robi. Dopadam wieczorem, ściskam, przytulam, całuję i uchyłkiem łzę tęsknoty ocieram, tak?
Tymczasem mojej sąsiadki córka zostawiła swoją z kolei dwuipółletnią córkę u babci (u tej sąsiadki właśnie) i sześcioletniego syna wraz z mężem u drugiej babci 40km dalej i pojechała na tak zwane saksy. Czerwiec, lipiec, sierpień i jak się uda to też wrzesień. Udało się. Nawet lepiej. Właśnie się dowiedziałam, że zostaje tam na cały rok, wzięła urlop bezpłatny i nie ma zamiaru wracać, dopiero po następnych wakacjach.  Przy czym mają dom, oboje stałą pracę, nikt tam głodem nie przymiera…   
To ile im dajecie na rozpad pożycia?
A może to ja jestem nienormalna?
Ej dziewczyny, ale serio, dałybyście radę opuścić takie małe bąble na tak długo? Cały rok bez przytulania, całowania, kokoszenia ze swoimi skarbami. Cały rok bez przytulania, całowania, kokoszenia ze swoim mężem?

8 komentarzy:

  1. Widać będzie się kokosić z cudzym mężem a dzieci zrobi sobie nowe....

    Sorki ale mię coś trafia jak czytam o takich rodzinach i nie umiem opanować sarkazmu.

    Nadrabiam cichcem zaległości blogowe, bo się pakujemy. Tzn. ja swoje rzeczy wyłozyłam na łóżko a Wysoki je upycha, hehe

    Mysa kupowałam ostatnio tynk akrylowy KABE, w mega promocji. Sąsiad kupił po 110 za wiadro, a ja po 127.
    Bo sprzedawca twierdził, że się u sąsiada pomylił i nie policzył mu kolorantu (jakiegoś barwnika do tego tynku).
    Teraz od strony ulicy mam tynk żółty a od strony ogrodu zielony :P
    Na wiosnę malujemy tynk od ulicy na zielono, a co :))
    uściski

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, wszystko się zmienia. Pewnie niedługo dzieci w szkole zamiast książek będą miały laptopy. Szkoda słów.

    Ja tez się tak o te moje dzieci zamartwiam, jak mnie przy nich nie ma.
    Zobaczysz co to będzie, jak Mały zacznie jeździć na wycieczki szkolne, albo jakies obozy :))


    Na szczęście żadnych fug tudzież innych takich rzeczy nie kupowałam, więc mam spokój :))

    Buziaki Mysko

    OdpowiedzUsuń
  3. mnie by serce pękło... w życiu bym Zu nie zostawiła na taki długi czas! jak wyjeżdżałam na weekendy na szkolenia to po powrocie siedziałam przy jej łóżku i wąchałam jej włosy, he he
    a jak gdzies jedzie, np do babci na cały dzień to też od razu dzwonię i wypytuję jak tam i co tam (ale często mnie spławia tak jak Twój Gutek)

    OdpowiedzUsuń
  4. Normalnie cie kocham Myska :D za to paplanie oczywiście...
    A co do ostatniego akapitu, to nie, nie wyobrażam sobie...nawet mi poddałaś pomysł na wpis bo u nas to tak jakby w temacie. My naszej nie byliśmy w stanie nawet z babciami zostawić na parę godzinek a co dopiero na parę miesięcy?!!! ciągamy ją wszędzie za sobą. Jak poszła pierwszy raz do przedszkola na 3 godzinki tylko to mi cisza w uszach dzwoniła i nie wiedziałam co ze sobą zrobić.

    sivi

    OdpowiedzUsuń
  5. Też tak mam, że jak zostawiam dziecko z babcią (nie zdarzyło mi się to od roku)to też na początku ulga, a za kilka minut: wyrzut sumienia, tęsknota i zepsuty humor. Weź się tu człowieku zrelaksuj.
    A co do tych saksów. Trudna sprawa. Każda rodzina jest inna i inaczej to znosi. Ja o rozpad rodziny po roku bym się nie obawiała, ale z tęsknoty to bym z tych saksów chyba na piechotę do domu wróciła po miesiącu. Tak już mam. Jak emigracja zarobkowa, to tylko z rodziną.

    OdpowiedzUsuń
  6. -> Figa - wiesz, mnie też to przyszło do głowy... chociaż w jej przypadku trudno mi uwierzyć w jakieś skoki w bok, bo znam ją trochę.
    Ale kurcze no... zawsze podchodziłam do takich samotnych wyjazdów i rozłąki, że jest to ostateczność (choroba, albo jakaś tragiczna sytuacja materialna), a nie chęć zmiany samochodu na lepszy czy dorobienie kilku groszy.
    Bycie bogatszym kosztem rodziny to dla mnie szczyt głupoty.
    Ty.... ale interes ubiłaś na tym tynku :) Ale za to jak wiosennie i kolorowo masz :)
    pozdrawiam wczasowiczkę :)

    ->Aldonik - tak kochana, ja naprawdę przerażona jestem tym faktem, bo nie mam pewności, że moje dziecko będzie potrafiło w szkole napisać odręcznie wypracowanie. Bo może za 10 lat wystarczy nauczyć się podpisywać :)
    Moja siostra jest nauczycielką. W jej klasie na trzydziestu chłopaków, kilkunastu ma zaświadczenie o dysortografii, kilku o dyskalkulii i ponad dziesięciu całoroczne zwolnienie z w-fu.... czyli rośnie nam pokolenie kalekich analfabetów ;)
    Jeszcze jak słyszę o nowych programach nauczania w szkołach średnich to mnie krew zalewa... nie wiem czy to będzie chociaż połowa z tego co ja się uczyłam...

    A co do zamartwiania, to wiem jak moi rodzice bardzo ograniczali mi tego rodzaju wyjazdy właśnie z troski, bo się martwili. I wiem też jak bardzo nauczyłam się kombinować i oszukiwać ich (wiem, że to okropne, ale wychodziłam z założenia, że czego oczy nie widzą itd...). Zawsze powtarzałam mojemu mężowi, że jak będę tak zaborcza i będę tak panikować jak moi rodzice to ma mnie po łbie lać, bo nie chcę dziecku ograniczać pewnych doznań, tylko z powodu własnych lęków. I prawdopodobnie będzie musiał ;)

    -> Ola - ty... ja też obwąchuję Gutka nieraz :) To chyba nasz zwierzęcy instynkt się ujawnia :) No, ale dzieci tak fajnie pachną :)))
    Spławianie, spławianiem, ale potem i tak jest radość ze spotkania, co nie?

    ->Sivi - a dziękuję za wyznanie, nie wiem co na to mój mąż, ale jest szansa, że przestał czytać moje dyrdymały :)
    No widzisz jakem się natchnieniem objawiła :) Siadaj i klep w klawiaturę, póki możesz, bo jak już się rozpakujesz to ani tyle nic nie skrobniesz. A właśnie, to już chyba odliczasz dni, co?
    Coś już Cię bierze?

    ->Mama Tygryska - no to się podobnie "relaksujemy" :)
    Wiesz, ja myślę, że czas robi swoje i roku się nie cofnie. Nawet jeśli dla nas - dorosłych to nie jest dużo, to w przypadku dzieci i ich psychiki to jest szmat czasu. Tylko tragiczna sytuacja życiowa by mnie mogła zmusić do czegoś takiego... nic więcej.
    Ja się obawiam, że skoro początkowo 3 miesiące okazały się za krótkie, to rok też się taki okaze... z niego zrobią się dwa lata... a później już poleci i dzieci pójdą na studia.
    I podobnie jak Ty... na klęczkach bym wracała już chyba po tygodniu... albo bym się zaryczała na amen ;)
    Oczywiście, że emigrować zarobkowo trzeba wspólnie... tylko i wyłącznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie wiem co takiego magicznego ma w sobie cyfra 23 bo ja tez bardzo długo na tym wieku się zatrzymałam :) z błędu zawsze mnie wyprowadzała koleżanka ze szkolnej ławki, i komu jak komu ale jej musiałam uwierzyć :)

    co do wyjazdu - to nie dla mnie
    przy pierwszej okazji na kolanach bym do domu uciekała, taka już jestem że wszędzie mi źle, i nawet na noc u rodziny nie zostane :(
    pozdrawiam, lilijka

    OdpowiedzUsuń
  8. -> Lilijka - to mnie z błędu zawsze wyprowadza mąż ;) Ale jest coś w tych 23 = przyznaję ;)
    O to Ty z wyjazdami masz jak rodzina mojego męża, ciężko na nocleg namówić - trza opić ;)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...