Jeszcze
wczoraj, skoro świt plan był całkiem inny. Od kilku tygodni poważnie
myślałam nad założeniem drugiego bloga o całkiem innej treści, tego
kontynuować spokojnie w dalszym ciągu miałam zamiar. Nawet czytając
raniutko maila od Ady jakoś tak mi się miło zrobiło i czułam się zmotywowana do działania.... aż tu kilka minut później mało nie zemdlałam.
Weszłam
na główną onetu i mało nie padłam. Bynajmniej nie z radości. Ujrzałam
swoją notkę w polecanych i przeraziłam się niemiłosiernie. W szale ją
skasowałam, a jak następna fala wzburzenia we mnie uderzyła to miałam
ochotę całego bloga usunąć.
Chyba tylko dzięki Gutkowi dałam sobie siana i poszłam z dzieckiem na spacer.
Kiedy
wróciłam, odczułam wyraźną ulgę jak zobaczyłam, że z ponad sześciuset
czytelników zostało siedemdziesiąt, a potem tylko garstka
najwytrwalszych, którzy przeczytali więcej niż jedną notkę.
Ja
wiem, że gdyby nie polecane posty nie miałabym szans na poznanie wielu z
Was. Wiem o tym doskonale. I bardzo dziękuję tym, którzy tu zaglądają
regularnie i podczytują mnie głośno lub zupełnie po cichutku.
Ale
niedobrze się dzieje, kiedy mam ochotę zwymiotować widząc swoje
wypociny na głównej onetu. Przysięgam, że nawet w ciąży z Gutkiem nie
miałam takich mdłości. Niedobrze się dzieje, kiedy muszę łyknąć persen,
żeby ukoić nerwy i usłyszeć co dziecko do mnie mówi....
Ja nie jestem twardą laską.
Stanowczo.
Widziałam
co się dzieje na innych blogach, kiedy komuś się coś nie spodoba.
Zdanie wyjęte z kontekstu jest obrabiane przez wszystkie przypadki, a
autor bloga poniewierany przez „anonimowych” czytelników.
Dla
mnie nie ma czegoś takiego jak konstruktywna krytyka. Konstruktywna
może być porada, a krytyka.... no cóż, zawsze boli. Tylko jeszcze zależy
kto krytykuje. Bo zniosę wiele z ust (a może raczej spod palców)
wiernych czytaczy, ale jadu i żali obcych mi osób nie zniosę.
Swoją
drogą to bardzo ciekawe (i brutalne) zjawisko dla mnie. Żyję sobie
raczej spokojnie. Staram się być najlepszą mamą jaką potrafię być,
staram się być dobrą żoną, przyjaciółką, siostrą i córką. Nikogo nie
krzywdzę, mam szacunek do starszych, lubię dzieci, segreguję śmieci,
zbieram nieswoje papierki na ulicy i wyrzucam do kosza, uczę dziecko
kultury, dokarmiam zwierzęta, dokarmiam ubogich.... no staram się jak
mogę. W świecie internetowym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że
nikogo nigdy świadomie nie obraziłam. Rozumiem, że nie każdemu może się u
mnie podobać. Mnie też się nie wszędzie widzi... ale jak wchodzę do
kogoś, kogoś kompletnie nie w moich klimatach, z kim nigdy bym nie
zadzierzgnęła nawet przelotnej znajomości to biorę nogi zapas. I tyle.
Nie mam w zwyczaju opluwania go, wyzywania, czy przekonywania do swoich
racji.
Więc skąd się w ludziach bierze tyle złości i frustracji?
Podobnie jak Ola,
która niedawno zmieniła swój blogowy adres, nie chcę się kontrolować i
ważyć każde słowo, bo chyba nie na tym blogowanie polega.
Poza tym, nie czarujmy się, funkcje jakie oferuje onet są mizerne, w porównaniu z innymi portalami.
Także zmykam stąd.
I zapraszam do nowego myskowego domku.
KLIK.
PS. Mimo wszystko troszku mi żal.
Chlip, chlip
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz