Obudziłam
się dzisiaj rano i w końcu poczułam, że żyję. Pierwszy raz od tygodnia
nic mnie nie bolało. Znaczy gardło, ale to pewnie dlatego, że spałam „na
popielniczkę” (z otwartą buzią) bo katar jeszcze jest. Swoją drogą, nie do uwierzenia ile w tak małej osobie może się smarków zmieścić.
I
zimno mi już prawie znikło z górnej wargi. Mówcie co chcecie, ale
zovirax jest najlepszy, żadne tam odpowiedniki. Zovirax na górę, carmex
na dół i dzisiaj już prawie śladu nie ma.
Także
jak się z taką werwą obudziłam, to o 10.00 miałam zupę i drugie
ugotowane, wypucowaną sypialnię, łazienkę, kibel, i tworzyłam
ciastolinowego ślimaka z Gutkiem.
Se
hennę nawet na brwi machnęłam, efekt nieco blady wyszedł, ale lepszy
rydz niż nic. Jutro poprawię. Przynajmniej nie smaruję już twarzy pastą
do zębów Gutka, bo wczoraj mi się to zdarzyło. Tubki podobne. Obie
czerwono-białe i obie tej samej wielkości. Wracając jednak do henny to
tak się zastanawiam dziewczyny....blondynki konkretnie, mieszałyście
kiedyś dwa kolory? Bo mnie dzisiaj dopiero oświeciło. Brązowa wychodzi
za jasna, a grafitowa z kolei zbyt ciemna i zimna. A jakby je tak
zmieszać i tym machnąć? Hę? Chyba spróbuję. Muszę też męża na rzęsy
namówić, żeby mi przejechał. Będzie ciężko, ale do formy wracam więc się
jakoś odwdzięczę ;)
Tymczasem
drodzy czytacze, chciałam Wam opowiedzieć o pewniej Pani - na potrzeby
bloga nazwijmy ją Panią Marysią. Ale najpierw o Babci mojej świętej
pamięci. Otóż Ona, znaczy Babcia moja pracowała w żłobku przez ponad 40
lat. Zaczęła w latach pięćdziesiątych, podczas największego boomu
demograficznego, a skończyła w latach dziewięćdziesiątych. Żłobek ten
znajdował się w pobliżu szpitala i domów, w których mieszkali młodzi
lekarze ze swoimi dziatkami. Także większość dzieci, którymi zajmowała
się moja Babcia było „doktorskich”. Będąc już dorosłą kobietą nigdy nie
mogłam się nadziwić, jak ona to robi, że tak detalicznie pamiętała
większość swoich wychowanków, dokładnie wiedziała jak oni sobie radzili w
żłobku, a także znała ich dalsze losy.
Jeden
jej wychowanek, który wiele lat po zakończeniu edukacji żłobkowej sam
został lekarzem, i który miał tę „przyjemność” zajmować się Babcią moją
na szpitalnym łóżku, dostał raz nawet od Niej burę za swoją
nieuprzejmość i chamstwo: „to ja ci smarkaczu tyłek podcierałam, a ty się do mnie tak teraz odnosisz?” :)
Kochana babcia moja, w kaszę dmuchać sobie nie dała, ale serce miała gołębie, a o żłobkowe dzieci troszczyła się jak o swoje.
Sama
też byłam wychowanką żłobka. Niewiele z tego pamiętam, a dokładnie mam
dwa wspomnienia. Jedno dotyczy pobierania krwi z palca, a drugie to
obrazki, które wisiały na korytarzu i schodach. Wyobraźcie sobie, że te
same pieski i kotki straszą maluchy do dziś. Jak weszłam na te same
schody, pierwszy raz po niemal trzydziestu latach, to mnie zemdliło.
Zupełnie
niedawno dowiedziałam się również, że moja ulubiona pani kasjerka w
pobliskim markecie, również kiedyś pracowała w żłobku. Mowa o Pani
Marysi. Jest kochana, zawsze uśmiechnięta i bardzo miła. Zagaduje do
dzieci, nie miewa humorów, no miód na serce klientów.
Pani
Marysia podcierała tyłek małej myski. To mi uświadomiła niedawno moja
mama, pewna na stówę niebyła, ale twierdziła, że to raczej ona. Ponoć to
była moja ulubiona „ciocia” ze żłobka. No pewnie – od małego znałam się
na ludziach.
I wyobraźcie sobie, że kilka dni temu robię zakupy w tym sklepie, a Ona się pyta konspiracyjnym szeptem:
PM: czy to myska?
Ja: tak, to ja!
Wiedziała,
który rocznik. Znała imię i nazwisko panieńskie moje. No mówię Wam, jak
mi się miło zrobiło. Kobiety po prawdzie nie pamiętam, ale fajnie, że
ona pamięta mnie. No i że grzeczna taka byłam i w ogóle. Fajo, co?
Ok, po tej mrożącej krew w żyłach opowieści lecę się trochę pokiwać nad deską do prasowania, bo mam straszne zaległości :)
Buzi
Cium
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz