25 cze 2011

Z ONETU: O PANI MARYSI... I NIE TYLKO

Obudziłam się dzisiaj rano i w końcu poczułam, że żyję. Pierwszy raz od tygodnia nic mnie nie bolało. Znaczy gardło, ale to pewnie dlatego, że spałam „na popielniczkę” (z otwartą buzią) bo katar jeszcze jest. Swoją drogą, nie do uwierzenia ile w tak małej osobie może się smarków zmieścić.
I zimno mi już prawie znikło z górnej wargi. Mówcie co chcecie, ale zovirax jest najlepszy, żadne tam odpowiedniki. Zovirax na górę, carmex na dół i dzisiaj już prawie śladu nie ma.
Także jak się z taką werwą obudziłam, to o 10.00 miałam zupę i drugie ugotowane, wypucowaną sypialnię, łazienkę, kibel, i tworzyłam ciastolinowego ślimaka z Gutkiem.
Se hennę nawet na brwi machnęłam, efekt nieco blady wyszedł, ale lepszy rydz niż nic. Jutro poprawię. Przynajmniej nie smaruję już twarzy pastą do zębów Gutka, bo wczoraj mi się to zdarzyło. Tubki podobne. Obie czerwono-białe i obie tej samej wielkości. Wracając jednak do henny to tak się zastanawiam dziewczyny....blondynki konkretnie, mieszałyście kiedyś dwa kolory? Bo mnie dzisiaj dopiero oświeciło. Brązowa wychodzi za jasna, a grafitowa z kolei zbyt ciemna i zimna. A jakby je tak zmieszać i tym machnąć? Hę? Chyba spróbuję. Muszę też męża na rzęsy namówić, żeby mi przejechał. Będzie ciężko, ale do formy wracam więc się jakoś odwdzięczę ;)
Tymczasem drodzy czytacze, chciałam Wam opowiedzieć o pewniej Pani - na potrzeby bloga nazwijmy ją Panią Marysią. Ale najpierw o Babci mojej świętej pamięci. Otóż Ona, znaczy Babcia moja pracowała w żłobku przez ponad 40 lat. Zaczęła w latach pięćdziesiątych, podczas największego boomu demograficznego, a skończyła w latach dziewięćdziesiątych. Żłobek ten znajdował się w pobliżu szpitala i domów, w których mieszkali młodzi lekarze ze swoimi dziatkami. Także większość dzieci, którymi zajmowała się moja Babcia było „doktorskich”. Będąc już dorosłą kobietą nigdy nie mogłam się nadziwić, jak ona to robi, że tak detalicznie pamiętała większość swoich wychowanków, dokładnie wiedziała jak oni sobie radzili w żłobku, a także znała ich dalsze losy.
Jeden jej wychowanek, który wiele lat po zakończeniu edukacji żłobkowej sam został lekarzem, i który miał tę „przyjemność” zajmować się Babcią moją na szpitalnym łóżku, dostał raz nawet od Niej burę za swoją nieuprzejmość i chamstwo: „to ja ci smarkaczu tyłek podcierałam, a ty się do mnie tak teraz odnosisz?” :)
Kochana babcia moja, w kaszę dmuchać sobie nie dała, ale serce miała gołębie, a o żłobkowe dzieci troszczyła się jak o swoje.

Sama też byłam wychowanką żłobka. Niewiele z tego pamiętam, a dokładnie mam dwa wspomnienia. Jedno dotyczy pobierania krwi z palca, a drugie to obrazki, które wisiały na korytarzu i schodach. Wyobraźcie sobie, że te same pieski i kotki straszą maluchy do dziś. Jak weszłam na te same schody, pierwszy raz po niemal trzydziestu latach, to mnie zemdliło.

Zupełnie niedawno dowiedziałam się również, że moja ulubiona pani kasjerka w pobliskim markecie, również kiedyś pracowała w żłobku. Mowa o Pani Marysi. Jest kochana, zawsze uśmiechnięta i bardzo miła. Zagaduje do dzieci, nie miewa humorów, no miód na serce klientów.
Pani Marysia podcierała tyłek małej myski. To mi uświadomiła niedawno moja mama, pewna na stówę niebyła, ale twierdziła, że to raczej ona. Ponoć to była moja ulubiona „ciocia” ze żłobka. No pewnie – od małego znałam się na ludziach.
I wyobraźcie sobie, że kilka dni temu robię zakupy w tym sklepie, a Ona się pyta konspiracyjnym szeptem:
PM: czy to myska?
Ja: tak, to ja!
Wiedziała, który rocznik. Znała imię i nazwisko panieńskie moje. No mówię Wam, jak mi się miło zrobiło. Kobiety po prawdzie nie pamiętam, ale fajnie, że ona pamięta mnie. No i że grzeczna taka byłam i w ogóle. Fajo, co?

Ok, po tej mrożącej krew w żyłach opowieści lecę się trochę pokiwać nad deską do prasowania, bo mam straszne zaległości :)
Buzi
Cium

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...