Wczoraj było tak.
M
wychodząc do pracy zamknął za sobą drzwi na klucz. No i zdałoby się
uczynił chwalebnie, bo z Gutkiem śpimy jeszcze o tak wczesnej porze i
mógłby się ktoś na przykład włamać i ukraść stary komputer bez karty
dźwiękowej, albo jeszcze starszy telewizor, bynajmniej nie płaski. Ale
chodzi o to, że posiałam te swoje klucze gdzieś pół roku temu, a
zapasowy komplet mają moi rodzice i wyjeżdżając kilka dni temu
zapomnieli go zostawić. Zostaliśmy więc z Gutkiem bez kluczy. Ani wyjść
na zakupy, ani na plac zabaw. Nic. Wynudziliśmy się pół dnia, czekając
na wybawcę, aż wróci z pracy.
Potem
pojechaliśmy na budowę. Matko ile chwastów urosło. Ze dwa tygodnie mnie
tam nie było i proszzz... dżungla z perzu. No nic. M załatwiał swoje
sprawy, Gutek bawił się w kierowcę, a ja plewiłam mini ogródek,
zdzierając oranżowy manikir i nabawiając się pęcherzy (taaa, wiem,
paniusia z miasta jestem). A potem pojechaliśmy do biedrony sama nie
wiem jakim cudem, chyba tylko dlatego, że Gutek zapragnął...połowy
rzeczy przez to nie kupiłam. Ale za to uzbroiłam się w nowego Zafona i
tonę czekolady, bo zbliżają się trudne dni.... jak co miesiąc zresztą. M
wziął i uciekł do Warszawy na siakieś szkolenie w nocy.
Dzisiaj
natomiast, zostałam uwięziona przez deszcz, który lał się z nieba
strumieniami. A miałam ochotę na makaron ze świeżymi pomidorami i
bazylią. Nie mówiąc o tym, że jedna z Was narobiła mi smaka na gołąbki
(Figa, mięso już rozmroziłam i zmieliłam;) No i tak czekałam, aż
przestanie choć trochę padać, aż w końcu koło 17.00 nadszedł taki moment
i pomyślałam teraz albo nigdy i krzyczę do Gutka: rób siku, idziemy na zakupy.
Nieprzystosowane
do całodniowego siedzenia w domu dziecko bez szemrania, wręcz w
podskokach, załatwiło potrzebę i zaczęliśmy się wybierać na osiedlowe
zakupy. I myślę sobie tak: kałuż co niemiara – prawda - dziecko będą kusić – prawda - ja będę gardło zdzierać i po co? Muszę znaleźć jego kalosze! Jedyne pasujące - jak się okazało - są zimowe, ocieplane. Trudno, lepsza stopa spocona niż całkiem mokra - zamruczałam. Kazałam Gutkowi się w nie odziać. Jednego założył, a przy drugim:
G: mamunia, nie da się
Ja: Jak to się nie da? Pokaż!
Zaglądam do buta, przez futro niewiele dostrzegam, wkładam więc łapę i wymacuję coś. Nie wierzę – myślę sobie - Alleluja. Moje klucze!
Te
same, które wsysło mi pół roku temu! Najbardziej żałowałam breloczka.
Bo to był taki szwajcarski mini-scyzoryk, który nieraz mnie ratował z
opresji. Małe ustrojstwo przydatne jak nie wiem co. I jest! Znalazł
się!*
No.
A potem ruszyliśmy na wyprawę na osiedle. Gutek biorąc przykład ze
swojej ukochanej bohaterki – Peppy, żadnej kałuży nie podarował. Stopy,
jak się potem okazało miał suchutkie, ale od kolan wzwyż spodnie całkiem
przemoczył ;)
Poza tym co?
Gutek umie liczyć. Ale nie, że po kolei wymieniać cyferki....pffff.... pikuś. On umie sobie policzyć różne rzeczy.
Przykłady:
Ja: Gutek, podaj mi pomidory - proszę o dwa pomidory leżące na stole
G: te dwa?
Ja: Tak
I podaje oba.
Albo
G:O popać, ci gołąbki
I faktycznie trzy gołębie przechadzają się naszym parapetem.
Albo
G: tu jest seść bucików
Trzy pary stały jako wystawa w przedpokoju.
Ja nie wiem skąd on to wie. Coś mu tam kiedyś liczyłam, ale myślałam, że nie słucha. A tu popatrz
*ciekawe gdzie znajdę kluczyki od auta? ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz