28 cze 2011

Z ONETU: GŁÓWNIE O UWIĘZIONEJ MYSY

Wczoraj było tak.
M wychodząc do pracy zamknął za sobą drzwi na klucz. No i zdałoby się uczynił chwalebnie, bo z Gutkiem śpimy jeszcze o tak wczesnej porze i mógłby się ktoś na przykład włamać i ukraść stary komputer bez karty dźwiękowej, albo jeszcze starszy telewizor, bynajmniej nie płaski. Ale chodzi o to, że posiałam te swoje klucze gdzieś pół roku temu, a zapasowy komplet mają moi rodzice i wyjeżdżając kilka dni temu zapomnieli go zostawić. Zostaliśmy więc z Gutkiem bez kluczy. Ani wyjść na zakupy, ani na plac zabaw. Nic. Wynudziliśmy się pół dnia, czekając na wybawcę, aż wróci z pracy.

Potem pojechaliśmy na budowę. Matko ile chwastów urosło. Ze dwa tygodnie mnie tam nie było i proszzz... dżungla z perzu. No nic. M załatwiał swoje sprawy, Gutek bawił się w kierowcę, a ja plewiłam mini ogródek, zdzierając oranżowy manikir i nabawiając się pęcherzy (taaa, wiem, paniusia z miasta jestem). A potem pojechaliśmy do biedrony sama nie wiem jakim cudem, chyba tylko dlatego, że Gutek zapragnął...połowy rzeczy przez to nie kupiłam. Ale za to uzbroiłam się w nowego Zafona i tonę czekolady, bo zbliżają się trudne dni.... jak co miesiąc zresztą. M wziął i uciekł do Warszawy na siakieś szkolenie w nocy.
Dzisiaj natomiast, zostałam uwięziona przez deszcz, który lał się z nieba strumieniami. A miałam ochotę na makaron ze świeżymi pomidorami i bazylią. Nie mówiąc o tym, że jedna z Was narobiła mi smaka na gołąbki (Figa, mięso już rozmroziłam i zmieliłam;) No i tak czekałam, aż przestanie choć trochę padać, aż w końcu koło 17.00 nadszedł taki moment i pomyślałam teraz albo nigdy i krzyczę do Gutka: rób siku, idziemy na zakupy.
Nieprzystosowane do całodniowego siedzenia w domu dziecko bez szemrania, wręcz w podskokach, załatwiło potrzebę i zaczęliśmy się wybierać na osiedlowe zakupy. I myślę sobie tak: kałuż co niemiara – prawda - dziecko będą kusić – prawda - ja będę gardło zdzierać i po co? Muszę znaleźć jego kalosze! Jedyne pasujące - jak się okazało - są zimowe, ocieplane. Trudno, lepsza stopa spocona niż całkiem mokra - zamruczałam. Kazałam Gutkowi się w nie odziać. Jednego założył, a przy drugim:
G: mamunia, nie da się
Ja: Jak to się nie da? Pokaż!
Zaglądam do buta, przez futro niewiele dostrzegam, wkładam więc łapę i wymacuję coś. Nie wierzę – myślę sobie - Alleluja. Moje klucze!
Te same, które wsysło mi pół roku temu! Najbardziej żałowałam breloczka. Bo to był taki szwajcarski mini-scyzoryk, który nieraz mnie ratował z opresji. Małe ustrojstwo przydatne jak nie wiem co. I jest! Znalazł się!*
No. A potem ruszyliśmy na wyprawę na osiedle. Gutek biorąc przykład ze swojej ukochanej bohaterki – Peppy, żadnej kałuży nie podarował. Stopy, jak się potem okazało miał suchutkie, ale od kolan wzwyż spodnie całkiem przemoczył ;)

Poza tym co?
Gutek umie liczyć. Ale nie, że po kolei wymieniać cyferki....pffff.... pikuś. On umie sobie policzyć różne rzeczy.
Przykłady:
Ja: Gutek, podaj mi pomidory - proszę o dwa pomidory leżące na stole
G: te dwa?
Ja: Tak
I podaje oba.
Albo
G:O popać, ci gołąbki
I faktycznie trzy gołębie przechadzają się naszym parapetem.
Albo
G: tu jest seść bucików
Trzy pary stały jako wystawa w przedpokoju.
Ja nie wiem skąd on to wie. Coś mu tam kiedyś liczyłam, ale myślałam, że nie słucha. A tu popatrz
 idea
*ciekawe gdzie znajdę kluczyki od auta? ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...