3 cze 2011

Z ONETU: MAŁA MYSA W WIELKIM MIEŚCIE

W dzisiejszym odcinku drogie dzieci chciałabym się z wami podzielić wrażeniami , jakie zostały mi dostarczone w dniu wczorajszym, kiedy to zapragnęłam wziąć udział w gali i towarzyszyć mężowi memu do stolicy naszego kraju. Ukochanego kraju.
Więc tak.
Zacznę może od tego, że sukienusia poszła się paść, bo jeżdżąc za żakietem/marynarką, popełniłam zakup w postaci całego kostiumu i jakoś tak się w nim dobrze poczułam, że postanowiłam sukienusię wcisnąć w torbę laptopówkę mojemu mężowi na tak zwane „w razie czego”, a występować oficjalnie w nim właśnie. W tym kostiumie, rzecz jasna.
Ale co?
Pojechaliśmy do teściów w środę, by zostawić tam Gutka. I stamtąd pojechać w czwartkowy poranek na imprezę. Ten poranek był bardzo wczesny, gdyż już o godz 03:50 coś zaczęło mi dzwonić nad uchem i usłyszałam:
M: mysa, wstawaj
I cały entuzjazm najpierw nieco sobie w związku z tym przygasł. No ale wstałam. Poczłapałam do łazienki popełniłam podstawowy makijaż w tym machnęłam się bazą Dax'a. I zaprawdę powiadam Wam dziewczyny – jest świetna. 18 godzin poza domem i tylko raz poszłam przypudrować nosek i to tak dla zabicia czasu. Ale jak się puder trzymał to aż miło.
Ale wracając do podróży, to wybraliśmy ciapąg, gdyż połączenie wydawało się świetne, a do tego cała impreza rzut beretem od centralnego. Ostatni raz pociągiem jechałam dwa i pół roku temu. Zwykłym składem osobowym z plastikowymi nocnikami zamiast siedzeń. Także jak mi o tej czwartej i minut kilkadziesiąt, podjechał taki kosmiczny pojazd, z którego wysunęły się schodki  i miał rożne kolorowe fiatełka przy drzwiach, to nie wiedziałam czy nie śpię przypadkiem. I pędziłam 157km/h. I przy tej prędkości można sobie spokojnie było kreski eye-linerem machnąć bez klęcia. No naprawdę. Nic nie telepało.
No a jak już dojechaliśmy do tej stolicy i wyszłam na powierzchnię to cenka mi troszku opadła, ale nie chciałam się za bardzo podniecać, bo by było zaraz: myska, nie rób wiochy. Więc udawałam, że to co widzę wcale mnie nie rusza, choć miałam ochotę skakać i piszczeć. Normalnie jakby mnie z klatki wypuścili. Lekko spłoszona, ale podrajcowana. No jest coś, co mnie kręci w wielkim mieście*
Potem okazało się, że M wprowadzili w błąd i przyjechaliśmy trochę za wcześnie. Wcale się nie zdenerwowaliśmy. Wręcz przeciwnie. Poszliśmy do złotych tarasów, zaczynając wycieczkę od piwa (m) i martini (ja). O wpół do dziesiątej. Jak alkoholicy.
Ale było fajnie i przynajmniej nie ciułam, że mi buty pomalusiu stopę wyżerają.
Potem poszliśmy z powrotem na tą całą galę.
Pani Grazia Torbicka na żywo jeszcze piękniejsza. Ja od dawna mam do niej słabość. A teraz to już w ogóle. Jeszcze po tym martini, to miałam ochotę ją przytulić. Albo lepiej, żeby ona przytuliła mnie.
Ale impreza wypas. Jacyś panowie pod krawatem z telewizji i inni co mnie w rękę całowali i fajny koncert. I nawet mnie żuchwa zaczęła boleć od ciągłego rozdawania uśmiechów. I czułam się jak jakaś gwiazda, mimo, że nikt na mnie specjalnie nie zwracał uwagi. Mąż jedynie. Mysa, nie zgub mi się tutaj.
A kiedy się już impreza skończyła i mnie uda piekły od pończoch** to postanowiłam je z siebie zedrzeć a co za tym idzie zdjąć ten cały kostium i założyć sukienusię. Bo bym się ugotowała w drodze powrotnej.
I dobrze żem zrobiła. Bo droga powrotna okazała się znacznie bardziej podobna do tej sprzed dwóch i pół roku osą. I ciapąg był normalny. I nie miał fiatełek. I nic mu się nie wysuwało. I jechał wolno, a momentami nawet bardzo wolno. I se wzięłam i wyciągnęłam Lesia (nie piwo, tylko książkę) i przy różowym słoniu mało nie popuściłam ze śmiechu (dziewczyny, wiem, że niektóre z was czytały, można się posikać, co? wytłumaczcie to mojemu mężowi!)
No, a potem jak już przyjechaliśmy i weszliśmy do dziadków i jak nas Gutek zobaczył to normalnie warto było go zostawić na cały dzień, żeby zobaczyć tę radość :)
* Coś mnie kręci w wielkim mieście, ale już bym nie zamieniła mojego gniazdka na zadupiu z zagajnikiem brzozowym zaraz za płotem i wielkim lasem kawałek dalej, na te ruchliwe ulice.
*Więc ja wyznaję taką filozofię, że do niektórych strojów nieposiadanie jakiejś lycry na nogach to niezłe fo-pa i nawet w upale trzeba ją mieć. A, że w rajstopach mi się tyłek gotuje więc zastępuję je pończochami, najczęściej samonośnymi. I zawsze mam zapasową parę przy sobie, bo na obronę zakupiłam sobie takie jedne, co chyba zleżane były czy coś i kiedy się produkowałam przy rzutniku i omawiałam kolejne rozdziały mojej jakże interesującej pracy magisterskiej to mi gumka pękła. I stałam naprzeciw dwóch doktorów i jednego profesora jak sierota ze skrzyżowanymi nogami, żeby mi nie zjechały. I potem wychodziłam jak gejsza z sali i potem jeszcze musiałam im wręczyć kwiatki jak gejsza. Więc pamiętajcie zawsze o zapasowej parze. No.  

1 komentarz:

  1. Ha Ha:) Mysa od rana w do=bry humor mnie wprowadziłaś;)
    Opowiesc o pończochach pierwsza klasa;)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...