W
dzisiejszym odcinku drogie dzieci chciałabym się z wami podzielić
wrażeniami , jakie zostały mi dostarczone w dniu wczorajszym, kiedy to
zapragnęłam wziąć udział w gali i towarzyszyć mężowi memu do stolicy
naszego kraju. Ukochanego kraju.
Więc tak.
Zacznę
może od tego, że sukienusia poszła się paść, bo jeżdżąc za
żakietem/marynarką, popełniłam zakup w postaci całego kostiumu i jakoś
tak się w nim dobrze poczułam, że postanowiłam sukienusię wcisnąć w
torbę laptopówkę mojemu mężowi na tak zwane „w razie czego”, a
występować oficjalnie w nim właśnie. W tym kostiumie, rzecz jasna.
Ale co?
Pojechaliśmy
do teściów w środę, by zostawić tam Gutka. I stamtąd pojechać w
czwartkowy poranek na imprezę. Ten poranek był bardzo wczesny, gdyż już o
godz 03:50 coś zaczęło mi dzwonić nad uchem i usłyszałam:
M: mysa, wstawaj
I
cały entuzjazm najpierw nieco sobie w związku z tym przygasł. No ale
wstałam. Poczłapałam do łazienki popełniłam podstawowy makijaż w tym
machnęłam się bazą Dax'a. I zaprawdę powiadam Wam dziewczyny – jest
świetna. 18 godzin poza domem i tylko raz poszłam przypudrować nosek i
to tak dla zabicia czasu. Ale jak się puder trzymał to aż miło.
Ale
wracając do podróży, to wybraliśmy ciapąg, gdyż połączenie wydawało się
świetne, a do tego cała impreza rzut beretem od centralnego. Ostatni
raz pociągiem jechałam dwa i pół roku temu. Zwykłym składem osobowym z
plastikowymi nocnikami zamiast siedzeń. Także jak mi o tej czwartej i minut kilkadziesiąt, podjechał taki kosmiczny pojazd, z którego wysunęły się schodki i
miał rożne kolorowe fiatełka przy drzwiach, to nie wiedziałam czy nie
śpię przypadkiem. I pędziłam 157km/h. I przy tej prędkości można sobie
spokojnie było kreski eye-linerem machnąć bez klęcia. No naprawdę. Nic
nie telepało.
No
a jak już dojechaliśmy do tej stolicy i wyszłam na powierzchnię to
cenka mi troszku opadła, ale nie chciałam się za bardzo podniecać, bo by
było zaraz: myska, nie rób wiochy.
Więc udawałam, że to co widzę wcale mnie nie rusza, choć miałam ochotę
skakać i piszczeć. Normalnie jakby mnie z klatki wypuścili. Lekko
spłoszona, ale podrajcowana. No jest coś, co mnie kręci w wielkim
mieście*
Potem
okazało się, że M wprowadzili w błąd i przyjechaliśmy trochę za
wcześnie. Wcale się nie zdenerwowaliśmy. Wręcz przeciwnie. Poszliśmy do
złotych tarasów, zaczynając wycieczkę od piwa (m) i martini (ja). O wpół
do dziesiątej. Jak alkoholicy.
Ale było fajnie i przynajmniej nie ciułam, że mi buty pomalusiu stopę wyżerają.
Potem poszliśmy z powrotem na tą całą galę.
Pani
Grazia Torbicka na żywo jeszcze piękniejsza. Ja od dawna mam do niej
słabość. A teraz to już w ogóle. Jeszcze po tym martini, to miałam
ochotę ją przytulić. Albo lepiej, żeby ona przytuliła mnie.
Ale
impreza wypas. Jacyś panowie pod krawatem z telewizji i inni co mnie w
rękę całowali i fajny koncert. I nawet mnie żuchwa zaczęła boleć od
ciągłego rozdawania uśmiechów. I czułam się jak jakaś gwiazda, mimo, że
nikt na mnie specjalnie nie zwracał uwagi. Mąż jedynie. Mysa, nie zgub mi się tutaj.
A
kiedy się już impreza skończyła i mnie uda piekły od pończoch** to
postanowiłam je z siebie zedrzeć a co za tym idzie zdjąć ten cały
kostium i założyć sukienusię. Bo bym się ugotowała w drodze powrotnej.
I
dobrze żem zrobiła. Bo droga powrotna okazała się znacznie bardziej
podobna do tej sprzed dwóch i pół roku osą. I ciapąg był normalny. I nie
miał fiatełek. I nic mu się nie wysuwało. I jechał wolno, a momentami
nawet bardzo wolno. I se wzięłam i wyciągnęłam Lesia (nie piwo, tylko
książkę) i przy różowym słoniu mało nie popuściłam ze śmiechu
(dziewczyny, wiem, że niektóre z was czytały, można się posikać, co?
wytłumaczcie to mojemu mężowi!)
No,
a potem jak już przyjechaliśmy i weszliśmy do dziadków i jak nas Gutek
zobaczył to normalnie warto było go zostawić na cały dzień, żeby
zobaczyć tę radość :)
*
Coś mnie kręci w wielkim mieście, ale już bym nie zamieniła mojego
gniazdka na zadupiu z zagajnikiem brzozowym zaraz za płotem i wielkim
lasem kawałek dalej, na te ruchliwe ulice.
*Więc
ja wyznaję taką filozofię, że do niektórych strojów nieposiadanie
jakiejś lycry na nogach to niezłe fo-pa i nawet w upale trzeba ją mieć.
A, że w rajstopach mi się tyłek gotuje więc zastępuję je pończochami,
najczęściej samonośnymi. I zawsze mam zapasową parę przy sobie, bo na
obronę zakupiłam sobie takie jedne, co chyba zleżane były czy coś i
kiedy się produkowałam przy rzutniku i omawiałam kolejne rozdziały mojej
jakże interesującej pracy magisterskiej to mi gumka pękła. I stałam
naprzeciw dwóch doktorów i jednego profesora jak sierota ze
skrzyżowanymi nogami, żeby mi nie zjechały. I potem wychodziłam jak
gejsza z sali i potem jeszcze musiałam im wręczyć kwiatki jak gejsza.
Więc pamiętajcie zawsze o zapasowej parze. No.
Ha Ha:) Mysa od rana w do=bry humor mnie wprowadziłaś;)
OdpowiedzUsuńOpowiesc o pończochach pierwsza klasa;)