No
więc poszliśmy wczoraj za ciosem i wybraliśmy się do Krakowa. Bez
żadnego konkretnego planu działania i zwiedzania, gdyż albowiem nie
wiedzieliśmy jak Gutek będzie się sprawował i czy upał nie da nam aby w
kość.
Znaczy przepraszam, dwa punkty mieliśmy obowiązkowe, reszta mogła się sypać do woli.
Dziwnie było nam wjeżdżać do miasta, w którym spędziliśmy bądź co bądź trochę czasu i kiedy mijaliśmy kolejne znane nam budynki (w tym naszą uczelnię) to oboje toczyliśmy wewnętrzną walkę ze sobą:
Ja: czemu nic nie mówisz?
M: mysa ,takie emocje mną targają, że nie wiem.
No.
Co
dziwne, jak już łaziliśmy po rynku, to czułam się jakbym miała zaraz
wrócić do siebie na mieszkanie, jakby nie było tych pięciu lat, nie
wyjeżdżała nigdy z Krakowa, no...jakbym była u siebie :)
Jako,
że Gutek wykazuje zainteresowania typowo męskie i jest amatorem
wszelkiego rodzaju pojazdów, a przy tym w ostatnich dniach trajkotał
nieustannie, że chce się przejechać pociągiem, postanowiliśmy zrobić
dziecku niespodziankę i przewieźć go z Dworca Głównego na Balice, żeby
od razu na samoloty sobie popatrzył – dwie pieczenie przy jednym ogniu
[matko, jakie długie zdanie]. Mina Gutka – bezcenna.
Trochę
się ołaziliśmy i umęczyliśmy, ale było fajnie. Nawet dobrze nie
zdążyliśmy wyjechać z parkingu i dziecko spało. Ja ze trzydzieści
kilometrów dalej. Pytam później M:
Ja: nie chciało ci się spać?
M: chciało.
Ja: to czemu nic nie mówiłeś?
M: komu miałem mówić, jak spaliście oboje? Otworzyłem okno wystawiłem łeb i jechałem tak, dopóki się nie obudziłem.
O i tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz