M ma coś do mnie, mówię Wam. Niby wszystko ok,a jak przychodzi co do czego to palce mi próbuje łamać.
No serio. Wczoraj wyszło szydło, jak przesuwaliśmy meble. Bo łóżko chcieliśmy zamienić na stare.
Ale może od początku, co?
Wszystko
zaczęło się 18 grudnia 2008 roku, kiedy o godzinie 22:00 płyn
owodniowy, w którym Gutek sobie wesoło pływał, będąc lokatorem mojego
brzucha, zechciał opuścić macicę i chlupnąć z impetem na łóżko.
No
troszkę zmokła nam wtedy kanapa, przyznaję, choć to była tylko
niewielka część moich zasobów wodnych, bo potem jeszcze wzięłam i olałam
przedpokój, auto i izbę przyjęć w szpitalu. Ale ja nie o tym chciałam.
Kiedy
my z Gutkiem nabieraliśmy sił po trudach porodu, mąż mój był popełnił
przemeblowanie i zamienił to mokre łóżko na suche z sąsiedniego pokoju.
Nowy
(choć stary) mebel służył nam przez niespełna dwa i pół roku (właśnie
do wczoraj), trzeszcząc coraz bardziej i tracąc z dnia na dzień swoją
jędrność, wygniatając się niemiłosiernie.
Nie
zliczę ile razy klęliśmy na dźwięki jakie to łóżko wydawało.
Szczególnie M, bo pod nim bardziej huczało (ale zabiedzony jakby co,
pamiętajcie)
Dwa tygodnie temu jednakże coś w nas pikło.
A wszystko przez sąsiadów z góry.
Bo któregoś wieczoru leżeliśmy na wspomnianym gnieciuchu, oglądając film i nagle do naszych uszu zaczął docierać dźwięk:
kłi, kłi, kłi
cisza
kłi, kłi, kłi
cisza
Spojrzeliśmy z M na siebie niepewni tego co słyszymy
kłi, kłi, kłi
cisza
kłi, kłi, kłi – usłyszeliśmy ponownie, tym razem głośniej i jakby intensywniej.
Ryknęliśmy
z M śmiechem, bo skumaliśmy co słyszymy, a wizja naszych niepozornych
sąsiadów baraszkujących w sypialni rozbawiła nas do łez.
Do czasu.
Przy
którymś skrzypnięciu nadszedł TEN moment. Dokładnie ten moment, w
którym uświadomiłam sobie, że skoro my słyszymy ich, to oni słyszą i
nas.
My dopiero trzeszczymy.
- słuchaj, musimy zmienić łóżko –stanowczo rzekłam do męża
Ten chwilę pomyślał, przeanalizował sytuację, zgodził się szybko, acz odłożyliśmy na czas poświąteczny dokonanie tego wyczynu.
Święta
sobie minęły i wczoraj stwierdziliśmy, że tamto łóżko zdążyło już
pewnie dobrze wyschnąć i zaczęliśmy przemeblowanie w odwrotnym kierunku.
No i tak,
przy pierwszym łóżku było:
M: myska, ty ciągnij, ja będę pchał.
No to ciągnęłam. Do czasu.
Ja: aałłłaaaaa – ryknęłam na całe gardło
Bo
jak Ci palec utyka między ciężkim łóżkiem a futryną i ktoś pcha to
łóżko na futrynę i słyszycie takie chrup i cały firmament z gwiazd
złożony wam się ukazuje, to wcale nie jest fajnie.
No chwilę pobolało i jak się upewniłam, że palce są całe, to wzięliśmy się za przesuwanie drugiego łóżka.
M: myska, to ty teraz może pchaj, a ja będę ciągnął, co?
Ja: ok
M:to pchaj
Ja: no pcham przecież
Łóżko ani drgnęło. M wybadał i stwierdził
M: podnieś trochę do góry i wtedy pchnij, bo się zaczepiło na progu, a ja pociągnę porządnie
I pociągnął.
Ja: aaaałłłłłaaaaaaaaaaaaaa!!!!
No pewnie, za pierwszym razem się nie udało, to może przy drugim podejściu się złamie?
A kupa!
Znowu
łóżko i framuga. I moje palce oczywiście. I znowu najbardziej
poszkodowany środkowy lewej ręki (dla młodzieży lewe fak-ju).
Boli jak skurczybyk. Smaruje altacetem i czekam.
Liże rany.
Tulić, ale migiem!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz