Więc tak.
Zdaje się, że ta trzydniówka to była tak naprawdę dwudniówką. Czekam zatem na wysypkę, żeby
się ostatecznie upewnić, ale jak się nie pojawi to płakać nie będę.
Poza tym wraz z gorączką dziecko wypociło gdzieś apetyt więc babcie mogą
się ostatecznie pożegnać z wizją kluseczkowatego wnuka. Nad tym też
płakać nie będę, bo jako szczypiorek nawet nie mam prawa.
A
także Wam powiem, że czasem mam takie momenty, że tak bardzo chcę już
na tę moją wieś, ale to tak bardzo, że biorę męża, dziecko i jedziemy
się wzniecać. A czasami to się trochę boję, że całkiem tam zdziczeję.
Będziemy widzieć. [pomożecie jakby co?]
Dzisiaj
na ten przykład się wzniecaliśmy. Dwa razy. Bo jak wyszłam rano na
balkon w tym moim bloku, poczułam ciepłe acz wilgotne po deszczowej nocy
powietrze to pomyślałam jak to fajnie by było zjeść śniadanie na
tarasie i popijać kawkę patrząc na las. I miałabym gdzieś, że latamy w
piżamach i żem z deczka po nocy rozczochrana i nie mam tuszu na rzęsach.
Więc pognaliśmy. Boże, jak pachniało wsią.
A jak wieczorem świerszcze grały… gdybyście słyszeli... a to tylko 5 km różnicy.
Poza
tym pomalutku zaczyna mi się wszystko klarować. Cały wystrój. Ale tak
pomalutku, bo jakoś okoliczne sklepy niekoniecznie kierują się moimi
upodobaniami.
Przerąbane, mówię Wam.
A już kiedy słyszę: proszę pani, ale teraz wszyscy tak robią.
To
płachta na byka. Znaczy na mysę. Nie mówcie tak do mnie, bo na pewno
tak nie zrobię. Nie lubię mieć tego co wszyscy i robić tego co wszyscy.
Przekorna żmija.
Przerąbane, mówię Wam.
X faktor właśnie się skończył. Pan Kuźniar dzisiaj spauzował z żartami, których nie ogarniałam jakoś. Przepis na życie się zaczął – jak ja lubię.
Mam rozpiernicz w domu. Ale to taki rozpiernicz, że ja pierdziu. Do czwartku musi być czysto, znowu goście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz