Dobra, koniec z pierdołami. Rozpisałam się nie wiadomo o czym w ostatnim poście. W tym zatem obiecuję pleść jeszcze bardziej.
Bo ja o tej pomocy zaczęłam, tak?
No.
To Kolega Kominek okazuje się, że zna wszystkich z branży i załatwił
nam dobrego stolarza, fliziarza i kogo będziemy chcieli, bo jak wszyscy
wiemy znaleźć rzemieślnika to nie problem, ale znaleźć rzemieślnika
dobrego już tak. A jeszcze jak ten rzemieślnik liczy sobie za robotę
mniej z racji znajomości z Kolegą Kominkiem to już w ogóle bajka.
Kiedyś
Wam pisałam w jaki sposób podejmuję decyzję, pamiętacie? Że potrzebuję
nocy, a najlepiej kilku, żeby się na coś zdecydować. Drzwi do domu pół
roku wybierałam (notabene, żałuję, bo znalazłam jeszcze lepsze ;-/)
Gdybyście wiedzieli jak kominek wybierałam, to normalnie szok.
Pojechaliśmy
do Kolegi Kominka i ten jak zaczął gadać i zadawać pytania, to mnie tak
zamotał, że pół godziny później było z głowy, a mój pierwotny plan
poszedł się paść. Ja i pół godziny? buehehe, a to dobre! Dobrze, że
ogólna koncepcja narożnego fajerplejsa została zachowana. Co do reszty
pewna nie jestem i pojęcia nie mam co w końcu wybrałam;)
Pożyjemy, zobaczymy, mam zgodę na marudzenie.
No co tam jeszcze?
Przeziębiliśmy
się troszkę z Gutkiem. Na szczęście moje dziecko nie ma na nic czasu,
na chorowanie również. Jeden dzień się słaniał, nic nie jadł i przeszło.
Ufff.
Poza
tym szaleje, a ja nie wyrabiam. Bardzo mi „pomaga” w wiosennych
porządkach, przez co mam dwa razy więcej pracy. No na przykład
wypucowałam se okna i zaraz, dosłownie za chwilkę z jednej strony burza z
gradem je poprawiła, a z drugiej Gutek swoją śliną.
Albo
wczujcie się w sytuację. Widzicie, że dziecko trzyma w rękach ładowarkę
do telefonu. Za chwilę znika Wam z oczu i słyszycie, że zamrażalnik
jest otwierany. Połączcie sobie fakty. Ale zamrażalnik to pikuś. Bo jak
mamy do czynienia z telefonem i mikrofalówką to jest gorzej. Nie
wiedziałam, że potrafię tak szybko biegać. A M mi się każe więcej nie zastanawiać co najpierw by siadło – telefon czy kuchenka hmmm ;)
Powiem
Wam poza tym, że norze od blendera marki Braun są ostre. Są bardzo
ostre. Jak pieprz. Co ja gadam, jak wężowa papryczka chili, albo chińska
mieszanka o wdzięcznej nazwie you huj, której sam zapach wyciska łzy z
oczu. Są ostre jak język teściowej. Nie próbujcie sami, uwierzcie na
słowo. Dobrze radzę.
U
okulisty też byłam. I okazuje się, że muszę iść jeszcze raz, tylko do
innego. Z krótkowidza stałam się dalekowidzem, nie wiem jakim cudem,
skoro wciąż nie poznaję kto mi się kłania po drugiej stronie ulicy. A co
najlepsze na oba oczka wyszły panu takie same szkła. A ja się będę
upierać, że to lewe mam słabsze. Dobrze, że chociaż cylindry się
zgadzają (szkła cylindryczne nie oznaczają denek od butelek – tłumaczę,
bo mój mąż tak kiedyś myślał ;)
Jeśli
zaś idzie o porządki wiosenne to widać koniec. Kluczy swoich jednakowoż
nie znalazłam, ale wciąż pamiętam jak się w styczniu mój syn nimi
bawił. A potem znikły. Cóż.
Zostały
mi same pierdoły do zrobienia, także od jutra zapuszczam paznokcie i
będę rżnąć lejdi. Jeszcze tylko polecę dzisiaj po nowy lakier, marzy mi
się miętowy (kolor). Któraś ma? Czy się aby nie wygląda jak truposz w
takim?
No a teraz muszę spierniczać. Obiad trza jakiś wstawić.
M ma do odebrania w pracy prawie 200godzin!!!!
Spoko, i tak go nie będzie. Moi rodzice przyjeżdżają więc już mi grozi - myska, to ja się na budowę przenoszę, mam sporo pracy.
O i tak.
To lecę.
PS
Grzywkę sobie machnęłam. Sama. Naładowana strzelba okazała się zbędna.
Wyglądam swojsko. Na tyle, że nikt nie zauważył różnicy. Senkju. I po co
się wahałam?
UPDATE:
Widzieliście jak ja napisałam "norze"? Chodziło mi oczywiście o "noże"
od blendera. Matko to ja ze wstydu może pójdę i się w norze mojej teraz
schowam, tak?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz