Robiłam te zakładki, tak?
No.
Haftować
to ja mogę (z prędkością jedna zakładka na jeden wieczór), ale za
oprawianie więcej się nie biorę, nie ma głupich. Kropla wody i papier
odbarwiony, albo pogięty (ta kropla to od Gutka rzecz jasna). Żeby więc
były trwalsze, to dzień przed Wigilią pognałam do Lidla po laminator do
dokumentów i je zafoliowałam. Mnie podobają się bardziej bez
plastikowego ubranka, ale za to w nim są bardziej praktyczne.
Trochę mniej ich zrobiłam niż planowałam, ale spoko. Każdy kto chciał, ten miał.
Poniżej przedstawiam jeden z etapów tworzenia, a także efekt końcowy.
Pamiętajcie, że krytykę znoszę bardzo średnio, żeby nie powiedzieć, że jej wcale nie znoszę ;)
PS Zdaje się, że potrzebujemy nowego aparatu. Ten już jest na wymarciu :-/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz