No więc tak. Rosół gotowy. Makaron też. Nie wiem czy ziemniaki obierać, hmmmm, może potem.
Dziecko
śpi. Twardy taki do zasypiania, że hoho. Ale ja też jestem twarda, żeby
nie było. I póki co wygrywam. Muszę mieć te dwie godzinki dla siebie.
No muszę i już.
Czekam
na męża. Bo wyjechał na: narty, ciepłe źródła i Małysza. Póki chłopa
nie miałam takiego na stałe to było spoko, jakoś pustki specjalnie nie
odczuwałam, ale teraz jak już mam zaprzysiężonego, to nie lubię zostawać
sama. Głupoty się trzymają tej mojej łepetyny. Najgorzej oczywiście
wieczorem, jak już Gutek śpi, a ja jeszcze nie. Wygląda na to, że boję
się psychopatów. I złodziei.
Chyba
bym nie mogła być żoną kierowcy. Albo pilota. Albo polityka. Nie wiem,
psa kupić, czy jak? Co to będzie jak przeniesiemy się pod las? Dopiero
wtedy będę w pory robić. Tak, pies mile widziany. Stanowczo.
Ale
są też plusy, rajt? Nie musiałam oglądać Discovery czy inne animal
planety. I wiadomości w kółko. Nie musiałam golić nóg. I nikt się nie
rzucał, że klikam po klawiaturze w oliwkowej maseczce na dłonie marki
Ziaja (przez ok. kwadrans, dopóki się nie wchłonie, polecam;)
Kompana do łóżka też miałam. Zamiast żelem marki Adidas pachniało mi Nivea Baby, ale też fajnie.
Dobra.
Muszę się doprowadzić do porządku.
Nogi ogolić.
I przebrać się, bo chyba to samo miałam na sobie jak wyjeżdżał. A może nawet kilka dni wcześniej. Matko, ale menel ze mnie.
Wstyd!
Lecę.
Śnieg sypie. Znowu. Błee.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz