Oj tam... tyle te ciuchy czekają, że ich chwilka nie zbawi, tak?
Pomału
układam babcine klocuszki. Pomału. Za sprawą różnych osób i
okoliczności czuję się zmęczona, przytłoczona, a tuż nad żołądkiem mam
wielką gulę i mdli mnie ze nerwów. Mam ochotę odmulić… więc jakby ktoś
był łaskaw popilnować mi dziecka, to ja skoczę szybko do pobliskiego
marketu po ćwiartkę i wypiję. Z gwintu. W sklepie. Bo już sama nie
wiem….
Mili
moi, dziękuję Wam za wsparcie. To dla mnie niesamowite, że zupełnie
obcy ludzie, których na oczy nie widziałam, potrafią podnieść na duchu i
zatrzymać się na chwilkę w jednym krótkim zdaniu. Dziękuję!
Bojowe
zadania sobie wyznaczam, żeby nie myśleć za dużo. Od wczoraj na
przykład marynuję. Cukinię marynuję. I kabaczka jednego też, niech się
samotnie nie kiwa na parapecie. Znaczy już zamarynowałam. Teraz sama nie
wiem… coś bym jeszcze do słoika upchała, ale pusto w lodówce. Na zakupy
trzeba jechać. O! Mam cel na dziś! Zakupy! Świetnie!
Doskonale
pamiętam, jak mówiłam, że chciałabym już jesień. Ale miałam na myśli
złotą polską i słoneczną jesień – żeby to było jasne. A nie takie
pffffee… nie wiadomo co. Co chwila leje i wszystko jest szare. Senkju.
Dziecko zamknięte w czterech ścianach głupawki dostaje. Dom wariatów!
A tak poza tym to Gutek wkroczył na dobre w „bunt dwulatka”. I krzyczy na mnie nieraz. I histeryzuje. I wszystko siam, siam, siam. A do tego wiem, że będzie gorzej! To będzie dłuuugaaa i ciężka zima.
Z
dobrych wiadomości jest taka, że umówiłam się na usg tarczycy i piersi.
W końcu! Do końca roku muszę jeszcze zaliczyć: endokrynologa, onkologa,
okulistę i ginekologa.
Trzymać mi tu kciuki!
….i poszła składać ubrania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz