Przepraszam, czy wszyscy już w tym roku zaliczyli grzyby, prócz mnie?
*
Tak
sobie myślę, że niedługo z M zaczniemy na jakiś prochach jechać. To, co
się dzieje wokoło zaczyna nas pomału przerastać. Babcia czuwa nad nami.
Albo Opatrzność. Nie mam lepszego wytłumaczenia na to, że nasze
wszystkie wrześniowe przygody kończą się jak się kończą.
*
Śnią
mi się koszmary. Wczoraj jakaś apokalipsa na ten przykład. To znaczy
wielgachne dżdżownice atakujące świat, które w dodatku potrafiły z
siebie zrobić różowe wiertła i przewiercać się przez mury. Bałam się.
Dzisiaj
mi się za to śniło, że rodziłam. Syna. 4300 ważył z usg. Potem okazało
się, że tak naprawdę 4783. Puścić mam totka, czy co? Lekarze dywagowali
czy robić mi cesarkę, czy „może pani spróbuje siłami natury?”. Senkju.
Raz próbowałam i nie wyszło, a Gutek ważył tylko 4kg. Czyżbym miała
maleńką obsesję? No a w dodatku w tym moim śnie ktoś za naszymi plecami
mianował nasze dziecko Jeżykiem. Nie żebym miała coś do Jerzych… ale mam
jednego takiego wujka…. i gwarantuję wam, że on wystarcza na całą moją
rodzinę.
*
Poza
tym zostaliśmy zainfekowani. Gutek już właściwie po. Ja w trakcie.
Ciekawe jak długo M będzie się opierał? Oczywiście w nocy czuwanie bo
kichawa zatkana najpierw u Gutka, teraz u mnie. Senkju. Gilów to ja mam –
o ironio – po dziurki w nosie ;)
Skoro
już zeszliśmy na temat zdrowia, to oznajmiam, że został mi jeszcze
tylko ginekolog i okulista do odwiedzenia. Reszta – uff. Jest dobrze.
Mogłoby być lepiej. Ale nie jest źle. Szklanka do połowy pełna, wright?
Do torbieli w piersiach zaczynam się przyzwyczajać, bo to już tak chyba
będzie. Zaprzyjaźniam się więc. Gdyby tylko jedna taka nie bolała i te
biopsje można by sobie darować, to byłoby całkiem miło. Torba głupia…
znaczy torbiel :-/
Badacie się dziewczyny? Badajcie się, proszę!
Ja
to zawzięta jestem na to cholerstwo. Cytologia i usg piersi– very
regularly. Ale ile zdrowia psychicznego przez to stracę to masakra!
Przed wizytą to cały dzień ledwo ślinę przełykam ze strachu, nie mówiąc o
jedzeniu, a po wizycie głowa chce mi eksplodować z bólu. I nagle robię
się wściekle głodna. I zła. Zła bo głodna, oczywiście. I to nawet nie
chodzi o ginekologa… bo jego już dawno przestałam się krępować. Widział
mnie wydającą na świat dziecko… gorzej już być nie może ;) Ale jak
nieraz do obcego jakiegoś radiologa idę na kontrolne usg to masakra. Nie
wiem jak inne panie, ale ja tak świeżo poznanemu gościowi machać
cyckami przed oczyma to nie przywykłam. Ale co tam! Kwadrans pąsu na
policzkach i spokój na pół roku.
*
Jeśli
zaś idzie o modę to od jakiegoś czasu wiszę jakby troszkę z tyłu. Nie
mam czasu,żeby przeglądać magazyny ze ślicznymi łaszkami i chyba jestem
passe. Ale tak mi się coś raz umyśliło i rzekłam do mamy:
Ja: mamo, ty jeszcze robisz czasem na drutach, prawda?
Mama: no robię, a co Ci trzeba?
Ja: pamiętasz, kiedyś nosiło się takie kominy na szyi, co to je na głowę można było zarzucić, co nie?
Mama: no pamiętam, teraz znowu są modne – świetnie, mama bardziej do przodu niż ja
Ja: poważnie? To fajnie, bo nadałby mi się taki. Popielaty… niezbyt ciemny….raczej jasny.
Nie wiem jak wy, ale ja już wiem co dostanę pod choinkę ;)
*
Na koniec mało śmieszny żarcik.
M: kochanie, gdzie jest ptasie mleczko? – pyta małżonek, potrząsając pustym pudełkiem
Ja: yyyyy co?
M: no ptasie mleczko. To co ostatnio kupiliśmy.
Ja: yyyy ptasie mleczko?
M: mysa… nie mów mi, że wszystko sama zjadłaś?!
To
był moment… mówię Wam. Normalnie siadłam na chwilę przed komputerem.
Następnym razem będę pamiętać, że puste pudełko ląduje w koszu, a nie w
szafie… wtedy może się nie zorientuje ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz