17 sie 2010

Z ONETU: ZESZŁY WTOREK / ZESZŁY ŚRODEK / ZESZŁY CZWARTEK

Na wstępie to ja muszę Wam powiedzieć, że mam już serdecznie dość upałów. Jestem osłabiona, spocona, źle sypiam, a komary chcą mnie zeżreć żywcem. Senkju. Chcę jesień, ale migiem! Możecie sobie teraz na mnie publicznie pojeździć, zdania nie zmienię! Lubię jesień i marzę, żeby już nadeszła. Nie ma nic piękniejszego niż chłodek w piękny, słoneczny i kolorowy od liści dzień. Kiedyś słyszałam teorię, że każdy z nas preferuję tę porę roku, w której na świat został wydany. Może dlatego jesień jest dla mnie najulubieńsza :)

To tyle tytułem wstępu. Przechodzę szybciutko do rzeczy. 
Mam Wam tyle do napisania, że chyba będę wydzielać po odrobinie wszystko to, co mi w głowie siedzi. Nie pisałam, bo jak zwykle czasu mi zabrakło. Ostatni tydzień był obfity w różne mniej lub bardziej przyjemne wydarzenia i atrakcje…. dlatego cieszę się po trosze, że już się skończył.

Po pierwsze primo to dokonałam wiekopomnego odkrycia na youtubie. Ja wiedziałam, że tam można wiele znaleźć, ale nigdy nie wpadłam na to, żeby szukać filmików związanych z modą i urodą (tak, możecie się śmiać, pewnie jestem ostatnia). Wszystko zaczęło się od tego, że szukałam jakiejś fajnej fryzurki i wgooglowałam coś a la: jak zakręcić włosy. Ukazał mi się filmik jakiejś dziewczyny co na youtubie pouczała, jak przy pomocy prostownicy zrobić na głowie fale. Patrzę dalej, na kolejne jej filmiki, a tam pełne instruktaże fajnych makijaży, recenzje kosmetyków, ubrania dnia, a także polecane inne dziewczyny, które również przedstawiają swoje kosmetyczne gusta i zdolności. Niektóre z nich (tych dziewczyn) są fantastyczne i gdybym nie była mężatką i do tego heteryczką to bym ostro zaczęła do nich smalić cholewki. Mówię Wam, jeśli szukacie fajnych fryzur, makeup-ów itp. to polecam tę metodę. Mnie wciągnęło na dobre! Moje zakładki pękają już w szwach!

Z innych spraw.
Bardzo niespodziewanie zostaliśmy odwiedzeni przez rodzinę mojego męża. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że ja nie lubię być w ten sposób zaskakiwana. Tym bardziej, że burdel miałam niemiłosierny, bo właśnie sprzątałam ;) A tu trzeba było stanąć przy garach, słać łóżka, a wszystkie moje plany w łeb wzięły. Ale wiecie: dobra gospodyni dom wesołym czyni więc jakoś poszło, a przy okazji został miło połechtany mój zmysł kulinarny.

Środowym popołudniem Gutek zaczął mi się łamać i coś za często o noszenie na rękach wołać. Mili moi, nigdy nie wątpcie w matczyną intuicję. Ze mnie sobie pokpiwano, że panikuję i że nic mu nie jest, a dwie godziny później dziecko dostało gorączki i grzało lepiej niż piec martenowski. Uroki ząbkowania.

W środę obudziłam się rano z małą kropeczką na policzku. Wyglądała dość niewinnie i specjalnie na nią uwagi nie zwróciłam nakręcona obowiązkami. Przez myśl przemknęła mi tylko zasłyszana nowinka, że jak nam się pojawia jakiś pryszcz to najlepiej na noc posmarować go pastą do zębów. Powinien się wysuszyć. Tak też uczyniłam przed pójściem spać.
W czwartek jednakowoż obudziłam się z pulsującym policzkiem i stwierdziłam, że wcale nie jest lepiej. Mój pryszcz urósł o jakieś dwa rozmiary i zmienił nieco tonację kolorystyczną. Oszczędzę Wam opisu wyciskania dziada, bo po co macie wiedzieć, że pół lustra zbryzgałam. Napiszę Wam tylko, że już wiem dlaczego kosmetyczki odradzają ten sposób pozbywania się syfów. Moja malutka i początkowo bardzo niewinna kropeczka przybrała rozmiar monstrualny, barwy iście bojowe, a dzięki miarowemu pulsowaniu, mój policzek tętnił życiem jak tokijskie metro w godzinach szczytu. Senkju. Oczywiście nastrój mi nieco siadł gdyż, albowiem chrzest mnie czekał i pomyślałam, że będę świetnie na zdjęciach wyglądać. M dodatkowo poprawiał mi humor, że mi się pysio zrobił fajny i że będziemy z Grusią do siebie pasować ;) Jak już sobie poużywał i zobaczył jak się męczę z makijażem, żeby to zatuszować, to powiedział: weź to sobie maścią ichtiolową posmaruj. No trochę na początku pomarudziłam, żeby nie było, że ma rację (bo sama na to oczywiście nie wpadłam). Posmarowałam jednak dla dobra sprawy. M zaczął wołać do mnie per Cindy, bo stwierdził, że mam kropę jak Cindy Crawford pieprza ;) Maść pomogła i dwie godziny później było już znacznie lepiej. Na zdjęciach w każdym razie nie ma śladu.

Tak mi minęły tamte trzy dni: goście, ząbkowanie (właściwie z Gutkiem cała historia zakończyła się dopiero wczoraj, ale o tym chyba jeszcze wspomnę), walka z pryszczem i od czasu do czasu jutjubki. 
Ciąg dalszy jutro…. jak zdążę ;)

PS. Dobra, mam PMS-a. Ja wiem, że to nie są mrożące krew w żyłach opowieści, ale macie być dla mnie mili, bo będę płakać! Tak?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...