18 sie 2010

Z ONETU: CIĄG DALSZY

Kolejne dni umykały nam pod znakiem marudzenia Gutka. Płakał aż nadto często i nic mu nie pasowało. W ciągu dnia spał z przerwami i dość krótko jak na jego możliwości, natomiast nocami dawał ostro w kość, budząc się przynajmniej raz na godzinę. Od środy z M nie przespaliśmy spokojnie nawet kilku godzin, nie mówiąc o całej nocy. Chodziliśmy jak zombie, a ja miałam naprawdę bojowe zadanie, żeby przykryć sińce pod oczami udając się na chrzest. Ale o tym za chwilę.
Bo skoro już o sińcach mowa, to muszę Wam coś opowiedzieć.
W sobotę moi rodzice przyjechali  (Proszę mi tu kciuki trzymać przez TRZY tygodnie !!!!!!!!!!!). Oni po podróży byli zmęczeni, ja niewyspana i równie zmęczona (może nawet bardziej). Nie bardzo chciało mi się gotować. Zamówiłam więc pizze. Wiem, żadna rewelacja… no chyba,że mysa pragnie dostarczyć uciech panu od pizzy i wszystkim domowym gapiom.
Otóż zamówiłam żarełko, po czym włożyłam nogi do wody, bo chciałam sobie pedikiur walnąć. No i zdążyłam jedną stopę obrobić na cacy, a druga jeszcze się moczyłam, kiedy facet zadzwonił do drzwi. Mój ojciec mu otworzył, a ponieważ chciałam zapłacić za jedzenie to i niespecjalnie się przejęłam wycieraniem mokrej stopy. Poleciałam zatem do drzwi i naglę poczułam, że mi ziemia spod nóg się usuwa. Kojarzycie jak w bajkach albo filmach ktoś się przewraca na skórce od banana i ląduje na tyłku/plecach z nogami w górze? No! 
Więc jak już do mnie dotarło, że jeszcze żyję, to nie wiedziałam czy mam najpierw zacząć się śmiać czy mocno zapłakać. Wybrałam dwie opcje naraz. Łzy z bólu mi ciekły, a ja leżałam i zwijałam się ze śmiechu. M mnie jakoś zeskrobał z posadzki gderając coś, że mogłam mu powiedzieć jak bardzo jestem głodna. 
I gdyby nie jego szybka akcja z lodem, który przytknął mi do tyłka, to chyba bym kroku na drugi dzień nie zrobiła. Zaiste siniak na pośladku jest imponujący. Na łokciu nieco mniej. Spać na lewym boku nie mogę. Cud, że sobie niczego nie złamałam, jak babcię kocham.
Tak sobie teraz myślę (smyrając się po siniaku;), że chyba już tam pizzy nie zamówię, bo trochę obciach. Szkoda, bo mieli najlepszą. Cieniutka  z pieca opalanego drewnem, z parmezanem… i w ogóle. No ale cały czas prześladuje mnie myśl, że jak znowu tam zadzwonię, to te chłopaki co rozwożą pizzę, będą się bić który ma jechać, żeby się pośmiać. Sami powiedzcie… obciach, co? :/

W niedzielę z marudzącym wciąż dzieckiem i mą śliwką na tyłku udaliśmy się do Grusi, żeby diabełka wypędzać. Nie wiem po co, bo ta mała to aniołek. Nawet jak ją wodą polewali, to miała anielski uśmieszek… pewnie się cieszyła, że w końcu mogła się nieco schłodzić, bo w kościele zaduch jak jasny pieron i siekierę można było śmiało wieszać w powietrzu (nie wiem czy to stosowne porównanie;). Tak w ogóle to sama zostałam porządnie skropiona bo całą niedzielę lało jak z cebra na nasze głowy. Wszystko jednak odbyło się bez większych przeszkód i byłoby idealnie, gdyby mój brat, załatwiając chrzest nie zapomniał o tym, że 4 lata temu zmieniłam nazwisko ;) Cały brat – zakręcony jak słoik ogórków na zimę.  Z imprezy wracaliśmy w burzy przez 3 godziny, z ząbkującym dzieckiem, które w dodatku na boleści brzucha zapadło bo, excusez le mot, zatwardzenia dostało. A w ogóle to jechaliśmy autem i ja co chwilę powtarzałam ała, ała
M: co Ci jest?
Ja: siniak mnie boli…. jakbyś mógł,to trochę rzadziej skręcaj w prawo ;)

No, to macie kolejną porcję moich jakże ciekawych opowieści…. I w pełni zgodzę się z każdym kto powiem, że nudą zawiewa. Ja jednak po całym tygodniu jestem wykończona. Głównie za sprawą Gutka, który dopiero wczoraj odżył po czopku glicerynowym i koperku. Do tego jakaś alergia mu wyskoczyła i obsypało go na prawie całym ciałku. Mój ojciec twierdzi, że to odra… ale wiecie, on ma zawsze czarne wizje. Jak wyrżnęłam orła przed gościem od pizzy to stwierdził, że na pewno biodro mam złamane…. a potem (jak diagnoza się nie sprawdziła), to że mam mięso zmiażdżone jak schabowy u babci i że nie będę mogła się ruszać. Gutkowi w każdym razie dietę wprowadzam…. Będzie trudno, bo on wpyla jak smok, ale coś zrobić trzeba.

Z dobrych wieści jest taka, że od przyszłego poniedziałku mój małżonek idzie na urlop. Od miesiąca mniej więcej odlicza i codziennie jak mantrę powtarza ile mu jeszcze zostało. Dzisiaj: jeszcze tylko trzy dni mysa i laba. Pojawiła się również ewentualność, że na kilka dni wyjedziemy. Po trosze chcemy odpocząć od codzienności, a po trosze od moich rodziców. Niech sobie tu siedzą i niech nas nie trują zanadto. Ja naprawdę ich kocham szalenie, ale mieszkać z nimi nie potrafię i już.

Bądźcie wyrozumiali - PMS trwa (coś długo;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...