Maaatkooo, jakie ja tragiczne tytuły wymyślam….
Tuż po świętach M mnie zestresował. Mianowicie rozkazał na szybko wymyślać ustawienie w łazience na dole… (Mysa myśl, bo jutro hydraulik przychodzi i muszę mu powiedzieć co i jak).
Wy nie wiecie, ale mój mąż musi mieć wszystko NA-TYCH-MIAST (dobrze to
podzieliłam?). On nawet nie jest w gorącej wodzie kąpany, tylko w jakimś
wrzątku… ukropie… Jak się mu mówi, że trzeba kupić np. nowy telewizor,
to on ryp, ryp i już buty ubrane i już jest w sklepie, co pan doradzi?
bierze, płaci, przywozi, ustawia, nastawia i po zawodach. Ja –wręcz
przeciwnie. Najpierw muszę się oswoić z myślą o zmianie sprzętu….
pomyśleć… Internet przejrzeć… nowości oglądnąć… ceny porównać i modele.
No potrzebuję przynajmniej nocy, żeby się przespać z danym problemem.
Wyobraźcie sobie więc co się dzieje, kiedy mam 5 min, żeby ustawienie
łazienkowe opracować, które potem nie tak łatwo zmienić. No skąd ja mam
tak od razu wiedzieć czy w danym kącie będzie lepiej brać prysznic, czy
figurkę z brązu rzeźbić na klopie? Z resztą chłopy to tak mają, że nie
myślą o podstawach, czyli gdzie ich żony i oni sami będą trzymać
wszystkie swoje łazienkowe szpeje ;)
M: bo ja to myślę tak: tu prysznic, tu kibel, a tu umywalka – rysuje na kartce
Ja: no a gdzie będziemy trzymać wszystkie kosmetyki?
M: yyyyy to pod umywalką można
Ja: pod
umywalką to się środki czystości trzyma, musi być jeszcze miejsce na
szafkę, a tu koło kibla nie pasuje bo co zrobisz z nogami?
M: kurde – marszczy brwi w zastanowieniu
Ja: ja to myślę tak – i rysuję całkiem co innego
M: hmmm
Oczywiście,
że musiało być zrobione tak jak on chciał, bo jakieś tam piony. A co
mnie piony obchodzą, jak ja chcę porządną szafkę na moje kremy i balsamy
;)
A
bo właśnie… wy nie wiecie.... ale mam pewne zboczenie. Uwielbiam
kosmetyki, kremy, kremiki, tusze, pudry, cienie, szminki, błyszczyki. No
hopla mam na tym punkcie. Rano jestem niezdolna do życia, póki nie
wytuszuję rzęs, nie wyrównam kolorytu skóry i nie nałożę choć kropelki
błyszczyka. Uwielbiam malować i siebie i innych. Zważywszy na to, że
przed ważnymi imprezami maluję też inne panie, to chyba robię to
całkiem nieźle. Nawet do ślubu malowałam się sama, choć plan był
zupełnie inny. Myślałam, że w takim dniu nie będę w stanie odróżnić
kredki od korektora. Więc 3 dni przed weselem postanowiłam zasięgnąć
opinii i makijażu próbnego u profesjonalistki. A było to tak:
Weszłam
do salonu (piękności), pierwsze wrażenie super, pani uśmiechem
powalała, wypytała o sukienkę i dodatki. Nic nie zapowiadało katastrofy.
Ja wyszczebiotałam wszystko jak na spowiedzi, na koniec tylko dodałam,
że na powiekach nie chcę żadnego różu ani nic takiego, bo będę wyglądać
jakbym wychodziła za mąż za karę, mam wyglądać promiennie i świeżo.
Wydawało mi się, że mówię to dość głośno i wyraźnie. Spokojnie zasiadłam
więc na fotelu i poddałam się relaksowi…. pani popełniała makijaż na
mojej twarzy…. w końcu mówi: dobrze, to wszystko, proszę sobie zobaczyć. Spoglądam w lustro i: OJ!!!– wybąkałam, zobaczywszy na swojej twarzy dwie fioletowe plamy, zamiast oczu - jak ładnie…..
Wyleciałam stamtąd jak poparzona, dzwonię do siostry:
Ja: jesteś w domu?
Siostra: jestem
Ja: zaraz będę
Siostra: bądź
Pukam do drzwi, siostra otwiera: o Jezu! Aleś mnie przestraszyła! Wyglądasz jakby Cię ktoś pobił!
Ja(przez łzy): Wracam z próbnego… ja mam tak iść do ślubu!
Siostra: nie rycz bo jest coraz gorzej…..
Ja: wyglądam jak miś panda!!!
Spoko,
nie? Skończyło się na tym, że odwołałam wizytę, a make – up zrobiłam
sobie sama…. Obskoczyłam jeszcze bratową, która była moim świadkiem i
swoją mamę ;)
Kilka dni temu obłowiłam się w megakolorowe pigmenty (M: ty będziesz się tymi wszystkimi kolorami malowała?) No, a jak! Chciałam więc oznajmić, że:
Sezon „a la papuga Ara”
Wiosna – Lato 2010
uważam za otwarty ;)
Biorąc
pod uwagę zasobność mojej kosmetyczki, M ma nieliche zadanie
znalezienia miejsca na wszystkie moje rzeczy, skoro na szafkę nie mogę
liczyć. No niech się chłopak wykaże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz