No
więc….. wzięłam się za te porządki….. w związku z czym mam takie
postanowienie, że jak w końcu będę miała ten swój dom to NIE będę miała w
nim firanek. Zasłony mi w zupełności wystarczą. Bo za dużo tego prania i
prasowania.
Właśnie
przed chwilą skończyłam się kiwać nad deską do prasowania….
naelektryzowana jestem niemiłosiernie, także uwaga, bo kopię! I jak tak
się dyndałam nad tą deską to przypadkowo spotkały się ostatnie moje
szare komórki i naszła mnie refleksja, że nie wiem czy chcę być stara.
Bo stałam sobie wczoraj w sklepie, a jakaś starsza pani non stop się o
mnie ocierała. Ale to nie pierwszy raz mi się zdarzyło, stoją takie i
tymi wielkimi brzuchami i jeszcze większymi piersiami (lub odwrotnie)
mnie popychają, jakbym miała przed sobą wolną przestrzeń zamiast innej
staruszki. O co tym kobitom chodzi? czy to jakiś konkurs kto Myse szybciej wypchnie z kolejki?
Strasznie mnie to drażni, a już w ogóle doprowadza mnie do szału fakt,
że jestem ciućma i się słowem nie odezwę. Oczywiście w trakcie takiego
napastowania zdążę opracować w głowie kilka stosownych uwag, tylko, że
ich nie użyję.
No a tak w ogóle to ja lubię starszych ludzi….
W
ogóle lubię stare rzeczy…. no może nie uderzam w meble z epoki ludwika
XVI, ale gromadzę (głównie od starszej części naszej rodziny) różne
ustrojstwa., np maszynę Singera od babci mojej kochanej, albo M zgarnął
super stary zegar co w jego rodzinie od tysiąc osiemset któregoś roku
jest…. No bo te rzeczy mają swoją – niekiedy bardzo ciekawą historię. No
i duszę… duszę też mają.
Przypomniało
mi się właśnie, że zawsze jak przyjeżdżamy do teściów (bo zegar póki co
wisi jeszcze u nich) to Gutek pierwszą rzeczą jaką robi to leci do
pokoju i sprawdza czy jest tik, tik, tik (M: moje kochanie…. Widzisz jak pilnuje zegara?– rzuca do mnie rzewnie)
A
niedawno dostałam od babci liska. Takiego wiecie, co to do kołnierza
można przypiąć. Lisek ma pewnie niewiele mniej lat niż moja babcia (choć
jest w świetnej formie) i zdaje się był kiedyś żywy (PETA- I’m sorry,
ale nie wyrzucę pamiątki rodzinnej). W każdym razie straszną mam ochotę
na tego liska. W zasadzie moda jest taka, że wiele można…. no ale M!.
Kiedyś już się przełamałam, zrobiłam włosy, porządny make-up, odwaliłam
się w kieckę bo do liska pasuje wyglądać i przypięłam GO, a M.: no chyba nie pójdziesz z tym czymś na szyi! No i nie poszłam. Ale kiedyś go założę…. Choćbym miała w ogrodzie robić. Odpicuje się w liska i chwycę za łopatę!
W ogóle to przepraszam na chwilę, ale muszę iść sobie na niego popatrzeć i podtykać…. milusi taki.
Jestem znowu. O rybach teraz.
Otóż
lubimy ryby…. Ale jakoś z moich obserwacji wynika, że coraz trudniej
kupić ryby łowione gdzieś w Europie. O co kaman? Grzebię po tych
wielkich lodówkach w hipermarketach (no jakoś moje miasto nie doczekało
się sklepu rybnego z prawdziwego zdarzenia) więc grzebię w tych
lodówkach… palce sobie odmrażam i szukam…… i coraz trudniej mi znaleźć
rybę pochodzenia NIE-chińskiego. Jak już nazwa ryby jest mi znana to
patrzę na etykietkę Kraj pochodzenia: Chiny. A teraz to
już producenci się wycwanili i zamiast kraju piszą jakiś numerek z FAO?!
Więc kurde jestem wściekła, bo ja bym chciała rybę naszą… europejską
(już nawet nie wymagam, żeby ona polska była), a nie niewiadomo co z 25%
azjatyckiej wody. Kurde! No!
Ciocia Mysa dobrze radzi dla waszego zdrowia – nie jedzcie pangi!
Ciocia
Mysa chciałaby również wykaz FAO, w którym będę miała numerek i kraj.
To ja to sobie wydrukuję i będę z taką listą do sklepu jeździć. Gdyby
ktoś przypadkiem miał, to będę bardzo dźwięczna za podesłanie na
skrzynkę.
M jak wyczuje gdzieś rybę to mówi: cześć dziewczyny, bo twierdzi, że jak się laski nie myją to jadą rybami. To taka konkluzja na koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz