Oj
tak nie mam na nic czasu ostatnio, na pisanie szczególnie. Postanowiłam
jednak wziąć się ostro za siebie i realizować postawione kolejno cele.
Zaczynam więc od bloga i nadrabiam zaległości.
Weekend
minął zaskakująco szybko, chociaż M. nie było w domu. Przyjechała do
mnie, znaczy się do nas (bo jeszcze dziecko) koleżanka ze studenckiej
ławki. Oj dawno się nie widziałyśmy i pomimo ciągłego i dość częstego
kontaktu, fajnie było spotkać się na żywo.
Wczoraj
natomiast miałam spotkanie z dziewczynami z podstawówki. Taką mieliśmy
sobie paczkę, kilka dziewczyn i kilku chłopców. Panowie dali ciała, ale
dziewczyny po kilkunastu latach znowu RULEZ!
Tak,
tak! Mam naprawdę piękne koleżanki. Nawet po cichu im zazdroszczę, że
takie cudownie zadbane, wyfryzowane i wystylizowane. (co
dziwnie-wszystkie bezdzietne). Ale spoko,spoko, niektórym się to
skończy niedługo! :) Zobaczą jak
to fajnie suszyć głowę, kiedy dziecko próbuje przegryźć kabel od
suszarki, albo nakładać róż oślinionym pędzlem hłe hłe.
Niemniej
jednak takie koleżanki–laski świetnie motywują. Otóż postanowiłam
zapuścić włosy.
Ja wiem, że już się do tego zabierałam z 357 razy, ale
zawsze jak dopadał mnie kryzys włosów, których nijak nie da się ułożyć,
bo ani nie są długie ani krótkie, to zawsze ulegałam (pani Kasiu, zapuszczam włosy, także tak niedużo, żeby tylko dały się ułożyć…… a po 5 min. Yyyyy albo jeszcze troszkę!). No i jeszcze małżonek mnie skutecznie demotywuje (wolę jak masz krótkie włosy).
Chociaż de facto nigdy mnie w długich nie widział, bo jak się
poznaliśmy to już miałam krótkie. On twierdzi, że widział na zdjęciach i
że wystarczy (mają być takie jakie są teraz!). No ja
wiem, że te długie prawdziwie słowiańskie blond włosy, coś a la makaron
spaghetti mogły się nie najlepiej komponować z parowanymi dżinsami i
bluzką z napisem lambada, no
ale taka była moda! Z resztą powiem Wam w sekrecie, że na
jednym zdjęciu M. ma różowe skarpetki więc nie powinien aż tyle wymagać :)
Decyzja podjęta!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz