Tak z grubsza chociaż.
Przecież umawiałyśmy się na Lemon Cini czy inne piwo... ale że impreza nam się aż tak rozkręci, to nie przypuszczałam :)
Zaczęło się oczywiście niewinnie bardzo.
Wiadomo.
Centrum miasta.
Mąż przy boku.
Dzieci kicają przy nodze.
Trzeba fason trzymać.
No to trzymałyśmy.
Początkowo tylko z Lilą i jej drużyną
Co ja Wam tu będę. Z Lilą, pomimo, że znamy się niedługo, to jakbyśmy się znały wieki. Dla nikogo to już chyba nie jest tajemnicą.
Poszwędaliśmy się, pojedliśmy, pozwiedzaliśmy, a czekając na resztę umówionych dziewczyn zwiedziliśmy skansen
Jak widać wszyscy grzeczni.
Nikt nie marudzi (za bardzo;).
Spacer po skansenie nie dość, że przyjemny, to jeszcze pouczający dla dziatwy.
A kiedy już wszystkim nogi do dupecek wchodziły, postanowiliśmy pojechać do miejsca docelowego, czyli do Lili.
Ale spoko, to jeszcze pikuś.
Kawa, ciasteczko. Stokrotka.
I tutaj muszę się zatrzymać na dłużej.
Bo czy Wy wiecie, że ta dziewczyna pokonała wieeeelki kawał drogi tylko po to, żeby z nami kawy się napić? (sypaną bez mleka i cukru jak mój M - brrrr)
My tam gadu, gadu, a tu nagle dziewczyna się zrywa, że musi wracać.
Więc my kopara w dół, bo jakże to tak? Jechać pińcet czy ileś kilometrów i tylko kawa?
No ale co. Wytłumaczenie miała dobre więc ją puściłyśmy... ale to już ostatni raz.
Następnym razem Stokrotko musisz z nami zalać robaka, a potem cierpieć katusze. Sznurami do krzesła przywiążemy :)
A kiedy odprowadzałyśmy Stokrotkę do auta i żegnałyśmy, kątem oka dostrzegłyśmy nadjeżdżających Juli z TygrysemNo i byliśmy w komplecie :)
Delikatnie sącząc lemon cini poszłyśmy - my kobiety - do kuchni grilla przygotować, a chłopy zostali wysłani do sklepu po chleb.
Panowie postanowili prócz chleba kupić jeszcze jakieś procenty dla siebie, przecież nie będą pić babskich drinków, a przy okazji przed sklepem zintegrowali się z miejscowymi menelami, obalając po piweczku.
A potem zrobiło się ciemno, dzieci poszły spać, no i się zaczęło.
Kiedy miałyśmy już nieźle w czubie, postanowiłyśmy z Juli skorzystać z Lilijkowej trampoliny rozłożonej w ogrodzie, ale że byłyśmy pojedzone (i opite;) to skakanie było strasznie utrudnione.
Niemniej jednak jak się rozhulałyśmy to na dobre. Tak podbiłam Juli, że ta z rozmachem wpadła na ogrodzenie i chciała przejść do sąsiada na drugą stronę, bo może tam dadzą jej spokój. Więc szybko pognałam po coś do jedzenia, bo wiadomo, że tak najłatwiej ją zwabić, a że pod ręką było li tylko zamarynowane surowe mięso do grilla, to wiele nie myśląc sięgnęłam po miskę z zawartością i poszłam ściągać dziewczynę z płotu. Nie napracowałam się, bo wiadomo, że zapach zrobił swoje. Juli grzecznie zeszła na ziemię i zaczęliśmy się zbierać do spania.
Aha, w tak zwanym międzyczasie M poszedł sprawdzić czy Gutek śpi i już nie wrócił.
Lili mąż też gdzieś się po angielsku wsysnął. Zostałyśmy my, nasze nogi i Tygrys.
Dobrze, że było to zdjęcie, bo żadna z nas nie pamiętała, że Tygrys cykał nam taką fotę :)
To mięso, którym zwabiałam Juli, pamiętam, że wzięłam do domu i chciałam nawet na dole w kuchni zostawić, ale przestraszyło mnie czyjeś chrapanie i zabijcie mnie, nie wiem co ja z tym zrobiłam (zjadłam zapewne;)
Nie było jednak z nami tak źle. Podzieliłyśmy się z Li wieczorną toaletą, ja zmyłam makijaż a Lili zęby umyła. Tylko Julitka poleciała sobie pstrykać sweet focie ze wszystkimi domownikami (a było ich sporo, bo oprócz nas, jakieś ciotki i wujki). Więc na fejsie można podziwiać zdjęcia Juli ze śpiącą panią-mamą i panem-tatą, dziećmi, nami....no ze wszystkimi.
Nikomu nie odpuściła.
Nawet Leonowi (psu)
Rano obudziłam się przytulona do zielonej miedniczki, którą (wyjątkowo trzeźwo myśląc) zgarnęłam po drodze do łóżka.
Pomijam fakt, że Tygrysy potrafią spać, kiedy ludzie skaczą im nad głowami, dzieci jedzą chrupki i w ogóle życie toczy się w najlepsze. Ci jak gdyby nigdy nic posapują regularnie :)
Reszta przedpołudnia wyglądała tak:
I ogólnie kocyk i pozycja horyzontalna. Nawet pies był jak struty, spał i chrapał, a nic wcześniej nie pił.
Życie ożywił pyszny rosół ugotowany przez panią-mamę (mamę Lili), a i każda upływająca godzina zbliżała nas do pożegnania.
Upłynęło już tyle czasu od tego zlotu, że każdy z nas zdołał ochłonąć.... ja jak zwykle w tyle z postami :)
Dziewczyny, raz jeszcze dzięki za tamten weekend, liczę, że niedługo znowu się zobaczymy, tym razem w większym gronie :)
* tekst pisany kursywą to wymysł Tygrysa. Kiedy rano próbowaliśmy wszyscy odtworzyć co się działo poprzedniego wieczoru, Tygrys na poczekaniu wymyślił historię z trampoliną, mięsem i sweet fociami :)
Trzeba przyznać, że chłopak powinien w jakimś kabarecie występować, bo takiego daru wymyślania na poczekaniu śmiesznych opowieści, to ze świeczką szukać :)


No co ja tu mogę rzec Mysko - w banię było i już! Na któryś kolejny raz chętnie bym się wpisała, ale następstwa dnia "PO" już mnie zatrważają ha ha. Zwłaszcza jak popatrzę na te 2 zdechlaki na kocach...
OdpowiedzUsuńOpisałaś rewelacyjnie ;).
Do lakieru na odnóżach zmówiłyście się czy jak?
Brakowało mi Ciebie. Mam nadzieję, że następnym razem wspólnie będziemy przeżywać "PO" :)
UsuńO tak, wspólnie się bawić i potem cierpieć - to ma sens ;)
UsuńNajdziwniejsze jest to, że wszystko było ok do pewnego momentu. Jak nas ścięło z nóg tak wszystkich naraz niemal i wszyscy zdychaliśmy później. Może kurde coś w tym mięsie było czy coś.... bo do mojego chłopa nie podobne, żeby cały "dzień po" tak cierpiał. Znam jego możliwości i wiem, że potrafi lepiej ;)
UsuńA zapomniałam napisać, że ja wracałam całą drogę (prowadziłam auto), a on tylko pomrukiwał... w poniedziałek zaś rano poszedł do pracy struty i go koledzy ratowali. Jeden magnezem, drugi potasem, trzeci colą ;) I dopiero koło południa doszedł do siebie!
A tak w ogóle to bardzo żałowałyśmy, że tak wszystko się potoczyło i nie mogło być Cię (i chłopaków Twoich, ależ by się działo!) z nami.
Miałabym towarzyszkę do piweczka :)
Ha ha;) super to opisałas;) A ostatnia fotka wymiata;) żałuję że nie dotrwałam z Wami do tego momentu;P
OdpowiedzUsuńStokrotko, fotek jest mnóstwo, ale większość nie nadaje sie do publikacji :)
UsuńJa mówię poważnie o zlocie u mnie! :) Tylko tym razem nie daruje Ci małej Stokroci :)
Myska! Zajumałaś mi bluzkę w paski!! :PP
OdpowiedzUsuńOj zazdroszczę. Ja oczywiście dziękuje opatrzności za to że spotkałam Beatkę na żywo, ale cholera-marzy mi się jeden wielki zlot w Krakowie <3
Poważnie z tą bluzką? Też lubisz paski?
UsuńBo ja wręcz kocham :))))
Koniecznie musimy jakiś spęd w Krk wymyślić. Kraków kocham nad życie :)
Ty wariatka jesteś... Aż się popłakałam ze śmiechu, wspomnienia wróciły, nawet tego kaca poczułam ;p
OdpowiedzUsuńWiedziałam że w kwestii relacji można będzie na Ciebie liczyć ;)
To kiedy powtórka?
PS Śmieje się cały czas. Widzę Tygrysa jak leży na kocyku i z zerową weną do życia, niby od niechcenia relacjonuje nam te trampolinowe skoki, a my pękamy ze śmiechu. To prawda, że chłopak zrobiłby karierę w kabarecie. Bez dwóch zdań! :)
No... ale jak teraz czytam, to sobie przypominam różne śmieszne sytuacje, tylko one są tak śmieszno-żenujące, że szkoda może opisywać :)
UsuńPowtórka niedługo. U mnie rzecz jasna :) Trza tylko datę ustalić :)
A ja jeszcze mam pytanie - gdzie leży Lilijkowy ???
OdpowiedzUsuńLilijkowy miał w ndz na 6 do pracy. W okolicach północnych był święcie przekonany że żona go do tej pracy odstawi. Nie odstawiła, a sam obudził się o 7:20 zamiast 4:30 :)
UsuńPopędził rano do brata, by udać się w drogę w celu kupna auta. Auto zakupione nie zostało, a Lilijkowy całą drogę (ok 200km) kiwał się na tylnym siedzeniu również w pozycji horyzontalnej :)
Co jakiś czas robiąc postój w celu... złapania oddechu ;)
No! To wszyło pijaństwo i patologia ;p
Oj tam zaraz patologia Lili ;). Samo życie. Od czasu do czasu i przy TAKICH spotkaniach to wszak częsty rytuał ;). Ja jestem mało odporna na kaca stąd zawsze się boję przed. Ale wiadomo - jeden drineczek i strach przechodzi... Za to potem nachodzi co innego he he ;). Tak czy siak - jeden dzień cierpienia i już jest się na prostej a wspomnienia ma się wesołe. Biedny Lilijkowy - nie mógł na zielonej trawce jak inni tylko kiwał się w trzęsącym aucie. LOL.
Usuńno....aleśmy zdeprawowali męża Li :)
UsuńAleście się wybawiły :) Fajne macie paznokcie :)
OdpowiedzUsuńI nawet się nie umawiałyśmy co do koloru :)
Usuń(paznokci)
oj to rzeczywiscie dzialo sie :) Super, ze spotkanie tak Wam sie udalo :)
OdpowiedzUsuńA skad wiesz, ze pies nic nie pil? :)
pies ogólnie zauważyłam, że jest wszystkożerny.... ale od alkoholu stronił :)))
UsuńJa też czarną i bez cukru piję ;-)))
OdpowiedzUsuńWy Dziewczyny identyko z tyło wyglądacie ;-)
Fajnie, że impreza się udała i fajnie, że tak blogowe znajomości trwają :-)
co wy macie z tą kawą? :)))
Usuńwariatki:) {ale takie pozytywne}
OdpowiedzUsuńnawet gdybyś nie napisała tego w nawiasie, to musiałabym się zgodzić :)
UsuńZ jeden strony zazdroszcze takich znajomosci a z drugiej to ciesze się,ze nie mam na takie zadatków bo chyba bym się nie odważyła...Więc Was podziwiam!
OdpowiedzUsuńja też nie sądziłam, że się kiedyś odważę, a tu proszzz... wystarczy raz spróbować i człowiek od razu uzależniony :)
Usuń:o))) ale ubaw. zdjecia bomba. zdychajacy M a za nim (a wlasciwie przed) zdychajacy Tygrys to obrazy nie do pobicia. i mowia tak wiele o wieczorze przed.
OdpowiedzUsuńrewelka.
fajnie ze sie macie i ze sie odnalazylscie i ze sie spotkalyscie - wszedzie :o) blogowo i zyciowo, niech to trwa, niech sie rozwija :o)))
dobra, ty mi tu nie kadź, tylko lepiej pisz, kiedy będziesz w pl :)
Usuń