Kochane Kurczaki,
Jestem.
I
byłam cały czas tylko tak cichutko i króciutko. I płaczliwie. Strasznie
się zestresowałam przez ostatnie dni i nie byłam w stanie normalnego
zdania sklecić. I płakałam. Nie mam sił, żeby Wam wszystko tłumaczyć, a
może bardziej nie chce mi się wszystkiego tłumaczyć, bo nie chcę do tego
wracać (taka trauma)….ażebyście nie musieli snuć jakiś podejrzeń, to
powiem Wam tylko, że chodziło o moje zdrowie.. I mogę się ewentualnie
rozpłakać, dobrze mi to idzie ostatnio. Jeszcze wszystkiego nie jestem
pewna i lęk gdzieś tam siedzi we mnie, ale najgorsze za mną. Trzymajcie
kciuki za resztę.
To już wiecie skąd pierwsza część tytułu.
A skąd szczypiorek?
Wiecie
jak ja reaguję na stres? Szczękościskiem! Mogłabym nic nie jeść, nie
odczuwam głodu i potrafię zapchać się kostką czekolady. I płaczę - ale
to już pisałam.
Ktoś zazdrości?
O zgrozo!
Niby skąd brać siły do walki ze światem? Z powietrza?
M
przez ostatnie dni stał nade mną i wmuszał we mnie jedzenie jak kat
jakiś. Może gdybym miała trochę ciałka w zapasie, to bym się cieszyła z
takiego stanu rzeczy, ale ja należę do tych dziewczynek, które na
zbiórkach klasowych (czy to wciąż istnieje???) stawały zawsze na końcu
jako te najmniejsze i najchudsze.
Także no…. muszę się wziąć za siebie. Na moje szczęście święta idą, będzie łatwiej.
I za dom się muszę wziąć.
I za zakładki.
Wszystko poszło się pochlastać.
No
dobra, bo tak naprawdę, to zamierzałam Wam kiedyś napisać o śniegu. Jak
dużo go mamy. I o Gutku, który zapłonął żywą miłością do sanek. I teraz
ma katar. Ale to już trochę nieaktualne, bo od wczoraj jest wstrętnie i
połowa już stopniała.
A co u Was?
(Za was też się muszę wziąć i nadrobić zaległości u kogo mogę. Ale pomalutku. )
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz