15 kwi 2010

Z ONETU: WYMYŚLENIE TYTUŁU MNIE PRZEROSŁO

Okazało się, że smutki zaczęłam zajadać słodyczami, z barankiem cukrowym na czele (zachachmęciłam z koszyka Gutka).  Dla mnie to nowość, bo zazwyczaj ze stresu miałam taką gulę, że ślinę ledwo przełykałam, a co dopiero jedzenie. Ależ się ten człowiek zmienia….
A propos właśnie zmian w człowieku, to rano naszła mnie pewna refleksja. Otóż jak rozmawiamy z moim małżonkiem o naszych czasach szkolnych… to wygląda na to, że strasznie się różniliśmy jako uczniowie. M wzorowy uczeń, stypendia, olimpiady, konkursy. Zawsze świetnie przygotowany. Dzień wcześniej plecak spakowany. Normalnie wszystko na tip top. Ja natomiast byłam nieco bardziej eeeee powiedzmy –wyluzowana ;) Bardzo dobra uczennica, ale czasem wagarowałam, czasem nieprzygotowana, czasem jakaś jedynka wpadła. Konkursy, teatrzyki – a i owszem…. ale wszystko po najmniejszej linii oporu. A już nigdy, przenigdy nie pakowałam plecaka dzień wcześniej. Zawsze rano w pośpiechu, bo powinnam była wyjść 10 min temu ;) Do pracy jak wychodziliśmy to było tak samo. M dzień wcześniej wszystko przygotowane. Ja nigdy. Nieraz się wkurzał, że stoję przed szafą rano jak wryta, że mogłabym sobie przygotowywać jak on. A to nie takie proste, bo skąd ja mam wiedzieć, czy to co przygotuję jednego dnia, będzie mi odpowiadało następnego? Kobieta zmienną jest przecież. Jedynie co, to manicure zawsze francuski, bo do wszystkiego pasował ;)
A dzisiaj rano co?
M idzie na arcyważne spotkanie, same ich firmowe szychy i w ogóle. Praca nie wymaga od niego, żeby codziennie paradował w garniturze, wystarczy tzw. sportowa elegancja. Dzisiaj rano M przynosi kawę (spoko, że zawsze z meniskiem wypukłym, a mnie się ręce trzęsą), ja pytam: w której koszuli jedziesz?
M: a która najlepsza do tego granatowego garnituru?
Ja krztuszę się kawą: Co? W garniturze masz być?
M: no, wypadałoby, zawsze wszyscy są w garniturach.
Ja: a dlaczego ty nie?
M: bo nie lubię
SPOKO
Zrywam się więc z łóżka lecę do szafy…. po granatowym garniturze ani śladu. Ja: Pewnie u twoich rodziców został, musisz iść w ślubnym. Jeszcze koszula. Wyjmuję 3 z szafy: Ta? Ta? Czy ta? Pada na jedyną nieuprasowaną – spoko. Takie rzeczy przygotowuje się dzień wcześniej – fukam na niego i myślę o sobie
M: spoko Dziubek, mam całe 5 minut
Ubrał się, zakłada buty
Ja: wziąłeś te ważne dokumenty? – patrzę na biurko- pewnie, że nie wziął
M: zginąłbym bez Ciebie
Ja: jak babka w Czechach
Buzi, buzi i poleciał.
Jakaż ja się porządna zrobiłam odkąd siedzę w domu – mówię wam.

Chciałam również ogłosić, że znalazłam się w momencie, w którym moje włosy osiągnęły długość tzw. do ramion i zaczęły żyć swoim własnym życiem. Kombinuję więc. Prostuję. Upinam (M: eeeno fajnie Ci tak ;) i Kręcę. Z tym kręceniem to jest nie licha historia, bo wynalazłam lokówkę, z której moja mama korzystała. Po pierwszym użyciu stwierdziłam, że jest nieźle, choć nie obyło się bez strat – poparzone dwa palce plus ucho. To i tak nieźle, bo jak byłam w przedszkolu, to usiadłam sobie raz na tejże właśnie lokówce ;) Mam bliznę na udzie ;)

Na koniec jeszcze jedno – mój haft się udał, pojechał do malutkiej, oh i ach było… może zdjęcie jakieś wkleję….. może ;)

PS Napiszcie coś wesołego u siebie….bo mnie już serce boli

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...