Wchodzę
ja dzisiaj na bloga a tam komentarze jakieś. Normalnie zdębiałam, bo
myślałam, że czyta to mój małżonek i jakieś dwie, trzy zbłąkane dusze. A
tu proszę! Normalnie wjechaliście mi na ambicję. Głupio mi trochę, bo
same pierdoły wypisuję.
No
i sorry, ze ja taka monotematyczna jestem i cały czas zawodzę o dziecku
i mężu, ale tak właśnie wygląda moje życie. Każdy dzień taki sam:
Ctrl+c, Ctrl+v. Rzeczywistość zweryfikowała nieco moje plany i usadowiła
na wychowawczym. Niby spoko…. Ale czasem mam wrażenie, że mózg mi się
lasuje i papka się robi wewnątrz czaszki, która chlupocze na wietrze. A
że halny wieje od kilku dni to wyobraźcie sobie, co się dzieje w mojej
głowie ;)
Chociaż
co ja gadam….. w mojej głowie renesans myśli twórczej. Normalnie
grzebie w necie i szukam natchnienia na urządzanie domu…. I ZNALAZŁAM!
Przy okazji doszłam do wniosku, że strasznie jestem wsiowa. Jakoś
nieswojo czuje się w super, hiper nowoczesnych pomieszczeniach ze szkła i
chromu – to nie dla mnie. Ma być sielsko i anielsko, a w powietrzu
unosić się zapach świeżo upieczonego jabłecznika. Ot taka ze mnie
rustykalna dziewoja, żeby nie powiedzieć wprost – wieśniara ;)
Wiosnę
mamy, mili państwo! Co prawda łeb chce nam urwać (na południu strasznie
wieje), ale przynajmniej śnieg nie pada i dziurki od nosa mi nie
zamarzają. Z okazji tej wiosny w sobotę smalec robiłam. Trochę mi jedno
do drugiego nie pasuje, bo moja mama robiła smalec jak się zima
zaczynała, a nie kończyła. No ale co tam! Świnie kiedyś, gdzieś tam bili
i mi się dostało kawałek biedaczki. Trochę miałam stracha, bo to był
mój pierwszy raz, ale spoko. Wiecie jaki dobry wyszedł? Normalnie super!
Mięcha nawaliłam do środka i cebuli….. mniam. Czuję jak moje serce w
tłuszcz obrasta. Całe szczęście, że chleb mi się skończył, samego smalcu
jeść nie będę…
…chociaż…
nie no, nie będę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz