Tak…to
chyba najlepszy tytuł! Żadnych postanowień noworocznych nie robiłam to
chociaż bloga stworzę….Tak ni z gruszki ni z pietruszki wpadłam na ten
pomysł jeszcze w starym roku. Ale jak usiadłam, żeby coś sklecić, to
stwierdziłam, że Nowy Rok będzie się lepiej ku temu nadawał. Co prawda
gdybyśmy wkraczali w nowe milenium byłoby znacznie okazalej, ale nie
chce mi się tyle czekać!
No więc drogi pamiętniku, chciałabym Ci opowiedzieć jak
spędziłam Sylwestra. A doprawdy jest się czym pochwalić! Zacznę może od
tego, że kiedy wszystkie kobiety dopinały suknie i sukienki, wkładały
biżuterię i z wypiekami na twarzach poganiały swoich mężów….ja sobie
spokojnie zmywałam makijaż i ubierałam piżamę. Wykąpany Gutek usnął bez
problemu, a my z M. zapodaliśmy sobie film. Dawno nie oglądałam dobrego
filmu więc siedziałam z otwartą japą. Z każdą minutą bliżej i bliżej
ekranu, bo wzrok mi nie domagał, a nie chciało mi się na tyle ruszyć
tyłka, żeby poszukać okularów. Po filmie grzecznie przyjęłam pozycję
horyzontalną i szybko zasnęłam (tuż po 21-tej!). Co prawda co chwila
budził mnie M., który ubolewał nad propozycjami podawanymi przez
telewizję. I tak ubolewał i ubolewał…..z każdym przełączanym kanałem
głośniej i dosadniej, aż w końcu walnął pilotem i po 22 spaliśmy już
oboje. Nadeszła jednak północ, także żeby nie było, to otworzyłam jedno
oko, czekając (niezbyt cierpliwie) aż przestaną strzelać. Taaaa……takiej
imprezy dawno świat nie widział
Dzisiaj za to nie mam kaca!
Niech się darzy w tym Nowym Roku!
PS
Oglądaliśmy Slumdog (wiem, jestem zacofana). Fajny! I pomyśleć, że już
miałam ochotę wyłączyć zaraz na wstępie, jak mały wskoczył w dołek z
gów….. z kupą. No co? Jadłam akurat!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz