8 lut 2011

Z ONETU: O KRAKOWSKIEJ (i) ŚWINCE PEPPIE

Ja nie chciałam się chwalić, bo w sumie nie mam czym, ale jak mąż mój był się opierniczał w Zakopanem w styczniu, to wtedy (w owy weekend) zjadłam laskę krakowskiej.
Smażonej. Z cebulką. Ketchupem i musztardą. I chlebkiem.
Oj nie naraz laskę. W pięciu rzutach, tj. dwóch dniach, tj. czternastu plasterkach (tyle mieści mi się na patelni za jednym zamachem).
Po pierwszym razie kiełbasa zrobiła ze mną takie „pyk” i od tego czasu jestem jej poddaną.
Co chwila smrodzę w domu krakowską z cebulką.
I ogórki kiszone wpierniczam.
I nie jestem w ciąży.
Żeby było jasne.
Moja niedowaga ma się świetnie i ani myśli dupę ruszyć ku lepszemu.
Poważnie zaczynam się natomiast martwić o swoje arterie żylne.


A poza tym.
Wiem już kim chcę zostać w przyszłości.
Trochę późno?
Aaaa tam!
Chcę być Świnką Peppą!
Znaczy jej głosem.
Ponoć jestem dobra.
Gdzie ja muszę się zgłosić, żeby dubbingować bajki?
Ktoś wie?

Dobra, wczoraj do mnie przesyłka dotarła.
Pięć nowych Chmielewskich (dla mnie nowych, bo w sumie są stare).
Idę zgłębiać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...